Wywiad z Kasią Moś

Alicja Tomaszewska: Z kim najlepiej wspomina pani współpracę?
 
Kasia Moś: Wiesz co, chyba nie da się tak wymienić. Każda współpraca nas czegoś uczy i jest dla nas bardzo, bardzo, bardzo wartościowa. Mam to szczęście, że rzeczywiście pracowałam w swoim życiu z wybitnymi postaciami, które naprawdę wiele mi dały. Wszyscy, którzy są też tu dzisiaj na koncercie, to są fantastyczni artyści, których jeszcze parę lat temu obserwowałam tylko ze szklanego ekranu, a teraz mam tę ogromną przyjemność z nimi pracować i występować na jednej scenie, więc to dla mnie wielkie wyróżnienie! Oprócz tego ostatnio nagrałam też płytę z Januszem Moleńczakiem i Jerzym Maksymiukiem, co było dla mnie czymś zupełnie nowym, ale przy tym tak fajnym, że na pewno będę miała ciepłe wspomnienia aż do końca swoich dni!
 
AT: Skąd czerpie pani inspirację?
 
KM: Z życia! Każdy to mówi, ale tak właśnie jest! Z codziennych spraw, jak coś zobaczę smutnego bądź wesołego, to mnie to inspiruje. Najczęściej są to chyba niestety takie smutne rzeczy. Jestem bardzo wrażliwa na los zwierząt i jak widzę, że dzieje im się coś złego to mnie to porusza. Ale to nie zawsze musi być tak, że to ja piszę tekst. Raz użyliśmy na przykład słów Adama Asnyka do naszego utworu ,,Dziś nie ma takiej wiosny”. Czasem można też znaleźć jakiś cenny wiersz, który można do swojej melodii podłożyć.
 
AT: Każdy ma czasem gorszy dzień, tydzień. Jak radzi sobie pani ze złym nastrojem, ze smutkiem, strachem?
 
KM: Słucham muzyki, ale tak naprawdę to moje zwierzęta mnie najpierw uspokajają - psy
i koty. Przytulam się do nich i to jest największe szczęście i wszystkie złe sprawy odpływają, no bo sama świadomość tego, że one są, że są takie kochane, cudowne, wspaniałe i że mogłam je uratować, to zawsze mi jakoś pomaga. Jak człowiek siebie nie lubi, to to mi pomaga siebie troszkę lubić za to, że po prostu ocaliłam trochę tych istnień już w swoim życiu. Każdemu, kto ma jakiś zły czas polecam, tylko oczywiście odpowiedzialnie, adopcję zwierzaka, bo naprawdę ludzie chyba nie potrafią dać nam tyle, ile nam dają zwierzęta, zupełnie bezinteresownie. Dlatego myślę, że takie różne terapie ze zwierzętami byłby najlepsze na depresje. Ale też muzyka działa na mnie terapeutycznie i oczywiście moja rodzina. Czasem mój brat, jak powie do mnie coś głupkowatego, to od razu zapominam o smutkach! Mam wokół siebie po prostu fajnych ludzi! I taka świadomość, że na przykład po przeczytaniu czyjejś biografii albo rozejrzeniu się dookoła siebie, dociera do ciebie, że tak naprawdę ta sytuacja, w której jesteś, nie jest taka tragiczna! Czasem wydaje ci się, że rzeczywiście jest źle, ale to są jakieś małe rzeczy. Szczególnie jak patrzę na ludzi, którzy są bezdomni albo nie mają co jeść, to zawsze staram się pomóc, ale wiadomo, nie jest się w stanie pomóc wszystkim! Ja tak naprawdę chyba już dawno nie miałam  bardzo złego dnia, przez to, że tyle się dzieje, a ja kocham pracę i w sumie dzięki tej pracy dobrze żyję i dobrze egzystuję psychicznie.
 
AT: Bardzo dziękuję za rozmowę!
 
KM: Również dziękuję!

W krwi

Wszystko zaczęło się dnia, kiedy w dobrych humorach razem z tatą jechaliśmy na mecz naszej ulubionej drużyny. Wraz z Nelly siedzieliśmy w samochodzie i dogryzaliśmy sobie nawzajem, ale to żadna nowość. Nelly to moja siostra, jesteśmy w tym samym wieku. Ona jest niską brunetką z zielonymi oczami, ja zaś wysokim brunetem o zielonych oczach. Uprzedzając wasze pytanie, tak jesteśmy bliźniakami.

Manchester United miał dziś rozegrać spotkanie z Arsenalem, wszystko działo się na Old Trafford, a że zbliżały się nasze urodziny, rodzice postanowili zafundować nam najlepszy z możliwych prezentów.

Osiemnastka przyszła szybciej niż nam się wydawało, czas mijał, a my coraz starsi. Chociaż mama wciąż uważa, że zachowujemy się jak dzieci i powinniśmy choć trochę zmądrzeć. Może i zdarzało nam się być dziecinnymi, rozkapryszonymi bachorami, ale to tylko ze względu na naszą wzajemną rodzinną nienawiść. Dla innych byliśmy już "normalni". Sami się dziwiliśmy, jak możemy wytrzymać w jednym domu.

Jedyną rzeczą, która nie różniła mnie od siostry, były zainteresowania. Mieliśmy nawet podobne umiejętności. Oboje woleliśmy języki obce i dobrze sobie z nimi radziliśmy. Uwielbialiśmy football,  dlatego postanowiliśmy jechać na mecz. Tyle że ja wolałem grać i oglądać, a ona tylko oglądać, bo grać nie potrafiła. Umiała potykać się o własne nogi, ale kopnąć piłki już nie.

Ja trenowałem codziennie po szkole, byłem w drużynie. Trenerem był oczywiście nasz wuefista. Pan Thomas zawsze wiedział, jak wycisnąć z nas siódme poty na zwykłym strzelaniu rzutów karnych. Do domu przychodziłem po trzech godzinach, zazwyczaj przyjeżdżał po mnie któryś z rodziców, a w wyjątkowych sytuacjach Nelly. Zapytacie mnie teraz, czemu nie wracałem sam? Odpowiedź jest jasna. Po pierwsze: Byłem zbyt zmęczony, aby poruszać nogami, po drugie: Ukochana siostra zabierała mi samochód. 
Dziadkowie na szesnaste urodziny, postanowili kupić nam wspólny samochód. Stwierdzili że nie mają co robić z pieniędzmi, a na nasze studia i tak im spokojnie starczy. Takim sposobem dostaliśmy nowszego Mercedesa. Do dnia dzisiejszego nie potrafimy odwdzięczyć się im za ten prezent, był po prostu jak gwiazdka z nieba. W dodatku wyobraźcie sobie ten błyszczący lakier...

Nelly była cheerleaderką, starała się o pozycje kapitana, ale widocznie jej koślawe ruchy nie były zbyt dobre na ten awans. Jej trenerką również była wuefistka. Obie nasze drużyny były w jakiś sposób ze sobą zgrane. Lubiliśmy się, szanowaliśmy, a przede wszystkim uwielbialiśmy podróże na mecze wyjazdowe. W różnych motelach, hotelach czy nawet schroniskach, siedzieliśmy dużą grupą i rozmawialiśmy. Podejrzewaliśmy nawet, że nasi opiekunowie mają mały romans. Plotkowanie o tym, było jednym z gorętszych tematów. Byliśmy jednak zażenowani naszym poziomem zachowaniem. Zniżyliśmy się do tego stopnia, że plotkowaliśmy z dziewczynami. Przecież to była tylko i wyłącznie ich domena!

Przeżywaliśmy wiele spraw razem, a wiadomo że rodzeństwo w szkole, nie chce mieć ze sobą nic wspólnego. Na początku unikaliśmy się jak ogień i woda, później ja dołączyłem do sportowców, a ona do cheerleaderek i byliśmy na siebie skazani. W domu planowaliśmy, że nie będziemy się do siebie przyznawać oraz, że będziemy zaprzeczać, kiedy ktoś stwierdzi że jesteśmy spokrewnieni. Nawet kiedy chłopcy zwrócili na nią uwagę i mówili to, czego ja jako jej brat z pewnością nie powinienem usłyszeć. Odpowiadałem wtedy, coś w stylu "Ugh, serio? Przecież wygląda jak chodzący kurczak". Nie mam pojęcia, czy ona mówiła to samo na mój temat, ale myślę że było podobnie. 

Tak jak wspominałem, dogryzaliśmy sobie. Na swoim koncie mamy już wiele akcji. Raz przyprowadziłem jej "byłą" miłość do nas do domu, a ona o tym nie wiedziała. (Mówiąc "była miłość", daje jasne znaki że wciąż się z niego nie wyleczyła i wciąż jest tak samo zazdrosna, gdy ten koleś spokojnie żyje już swoim życiem.) Kiedy zaczęła krzyczeć, równocześnie zadając mi pytanie, o której mam trening, a ja nie odpowiadałem, weszła do mojego pokoju i od razu zamknęła jej się buzia, gdy zobaczyła Davida siedzącego na mojej kanapie. Ten się z nią przywitał, a ona jak oparzona skinęła tylko głową. Możecie sobie wyobrazić, jaką czułem wtedy satysfakcję. Miejsce w piekle mam zagwarantowane na sto procent.

Chociaż moja siostra też święta nie była. Była małą wredną małpą, na pierwszy rzut oka każdy myślał, że jest słodziutka, urocza, milutka i nie można o niej złego słowa powiedzieć. Pozory mylą…
Raz podczas brania prysznica w szkole, po wyczerpującym dniu, a raczej treningu, zakręciła mi ciepłą wodę, zabrała ręcznik, a ciuchy wrzuciła do swojej torby. Przynajmniej bieliznę mi zostawiła, może jednak jest w niej jakaś cząstka człowieczeństwa, która podpowiedziała jej, że jednak warto się zlitować nad jedynym bratem.  Wiedziałem, że dąży do tego żebym gonił ją po całej placówce pół nagi, więc nie zrobiłem tego. Nie pomyślała o tym, że w szafce też trzymam dres. Odświeżony i ubrany, wyszedłem ze szkoły, a ona z cwaniackim uśmieszkiem stała oparta o nasz samochód. Zobaczyła mnie w ciuchach, od razu zrzedła jej mina. Wtedy ja przejąłem inicjatywę, zadowolony zabrałem jej kluczyki, którymi kręciła na palcu, wsiadłem do samochodu i pośpieszyłem ją, aby wsiadała, bo zaraz odjadę. Wywróciła oczami, ale zrobiła co kazałem. Kobiety są naprawdę wyjątkowym gatunkiem. Ale z odrobiną zaangażowania, da się nad nimi panować. 
Wróciliśmy do domu. Na ganku zaczęliśmy się popychać, wrzuciłem ją nawet w jakiś krzak, a później ze śmiechem uciekłem do środka. Zatrzasnąłem jej drzwi przed nosem, no i zadowolony zostawiłem swoją torbę na korytarzu. Zaraz po tym rodzice zawołali nas do siebie. Myśleliśmy, że dostaniemy reprymendę, zniszczenie ogródka, siniaki Nelly, wyrzucenie krzesła za okno, zamknięcie kota mamy w szafie. Chociaż to nie nasza sprawka, sam się tam wcisnął. Miał akurat pecha, że w tym samym momencie tam się pojawiliśmy. 
Mama była bardzo uśmiechnięta, jej dobry nastrój promieniował na nas aż z przedpokoju. Tata zasiadł na krześle i odchrząknął. Ten poważny ton i wygląd do niego nie pasował...

- Słuchajcie, niedługo macie urodziny. - rzekł, a my potwierdziliśmy głowami. - Osiemnaście lat, a wciąż dzieci... - złapał się za skroń, mama zaśmiała się pod nosem. Jej kot przebiegł nam pod nogami, co znaczyło że wciąż żyje - odetchnęliśmy z ulgą. - Mamy dla was prezent. Bylebyście nie zrobili nic głupiego do tego czasu, bo z matką na nerwicę zejdziemy. - sunął po stole białą kopertę z napisem "Dla małolatów". Parsknęliśmy, po czym otworzyłem kopertę. Były w niej dwa bilety na mecz Czerwonych Diabłów. Czułem jak oczy świecą mi się jak pięciozłotówki, trzymałem papierek w ręce i po raz czterdziesty lustrowałem go wzrokiem, upewniając się czy to na pewno to. Nelly nie mogła wydusić z siebie słowa, jej bilet leżał na stole. Poprawiła kucyka i głośno wypuściła powietrze z ust. 

- Serio jedziemy na mecz? Czy tacie znowu zebrało się na żarty? - skrzywiła głowę i rzuciła rodzicom spojrzenie. 
- Serio jedziecie na mecz. Z resztą ojciec też. - mama wzruszyła ramionami i uśmiechnięta założyła ręce na piersi. - Nie mam pojęcia z czego się tak cieszycie, ale przynajmniej ja będę miała dostęp do telewizora. 
- Przeszliście samych siebie. - odparłem. Nie miałem słów. Razem z siostrą wewnętrznie krzyczeliśmy ze szczęścia cali zapłakani, a wtedy tuląc rodziców podziękowaliśmy im i rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. 
W ten dzień, okropnie pamiętny dzień, wyjechaliśmy dość wcześnie. Spotkanie miało zacząć się o wpół do ósmej, a my chodziliśmy jak na szpilkach już o pierwszej. Tata zgarnął nas do samochodu i rozpoczęliśmy podróż. Do Manchesteru jechało się około dwóch godzin, no chyba że pojechalibyśmy autostradą, ale znając ojca, to autostrada nie wchodziła w grę... Może gdyby to zrobił, wszystko potoczyłoby się inaczej? 
Umówiliśmy się z Nelly, że pierwszą godzinę drogi z przodu jadę ja, a drugą ona. Mówiłem, że jesteśmy dziecinni… 

Minęła moja kolej, więc zatrzymaliśmy się na stacji. Nie odbyło się bez przekupstwa, abym pojechał jeszcze z pół godzinki dłużej. Przejeżdżaliśmy przez dużo miast, ja siedziałem z przodu, a dziewczyny oglądały się za naszym autem. Tata zatankował do pełna bak, przesiadłem się i zaczęliśmy kolejną godzinę drogi. 
Jechaliśmy przez gęsty las. Była strasznie wąska ulica, a droga była dwustronna. Wtedy przez myśl nie przeszedł mi żaden, czarny scenariusz. Czasem zjeżdżaliśmy nawet na pobocze, zdarzały się przypadki, gdy kierowca rozwalił się na cały pas jezdni. 

Tata dodał trochę gazu, chciał mieć z głowy tę nieszczęsną szosę. Otworzył okno i pogłośnił muzykę. Byliśmy już na blisko celu. Wyjechaliśmy, ale nadjeżdżający z naprzeciwka samochód nie zdążył wyhamować. Uderzył w przód naszego samochodu. 

Jedyne co słyszałem to krzyk taty, wołał imię Nelly. Przeraźliwie wołał jej imię, zdawało mi się nawet, że płacze. Później słyszałem tylko syrenę karetki, czy niewyraźne szumy. Straciłem przytomność po uderzeniu. Wszystko wokół mnie się kręciło, a kształty były nierzeczywiste. 

Obudziłem się w wozie ratunkowym, wstałem i ujrzałem mojego tatę. Cały się trząsł, miał rozciętą głowę i przerażony szlochał. Rozejrzałem się dookoła, obok mnie leżała moja siostra. Na oddzielnym łóżku, ratownicy próbowali przywrócić akcje jej serca. Tak samo jak my, była cała zakrwawiona. Założyli jej maskę tlenową i obserwowali jej pogarszający się stan. 

Jeszcze raz na nią spojrzałem, wieźli ją w pośpiechu na szpitalnym łóżku. Wyglądała tak spokojnie, jakby spała. W tamtym momencie modliłem się, aby tylko drzemała, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Wciąż miała na sobie maskę, a jeden z ratowników trzymał nad nią buteleczkę z tlenem. Tata był tak przerażony, że jego również zawieźli na salę szpitalną. Urocza starsza pielęgniarka podała mu środki uspakajające i opatrzyła rany. Mnie usadzili obok ojca, podeszła do mnie ta sama siostra. Syknąłem, kiedy polała moją ranę na czole wodą utlenioną. Któraś z nich, wzięła telefon taty i zadzwoniła do naszej mamy. Coś czułem, że będę miał bliznę jak Harry Potter, tylko nie w kształcie błyskawicy. Z telefonu usłyszałem przerażony głos mamy, a później Pani Smiths odłożyła telefon.

Leżąc, obserwowałem pracę pielęgniarek i lekarzy. Byliśmy dzisiaj jedynymi poszkodowanymi, przywiezionymi przez karetkę, oprócz jakiejś pani w podeszłym wieku ze skręconą nogą. Zaraz przy mnie leżał jakiś chłopak w moim wieku, przypięty do kroplówki i ledwo żywy. To mogłem być ja, tymczasem moja siostra jest w stanie krytycznym. Gdyby ona tylko się zgodziła, żebym jechał to pół godziny więcej, gdyby tylko nie była taka uparta, jeszcze by z nami była. Wciąż nie dostaliśmy o niej żadnej informacji, z minuty na minutę wszyscy stresowaliśmy się coraz bardziej.

Po dwudziestu minutach, w szpitalu pojawiła się mama. Szeroko otworzyła drzwi i rzuciła się na nas. Tuliła nas zdecydowanie za mocno. Rozejrzała się jeszcze dookoła, pewnie szukała wzrokiem Nelly. Jej z nami tutaj nie było.

- Gdzie Nelly? - spytała mama łamiącym się głosem.
Spojrzeliśmy na siebie z tatą. On już zdążył się otrząsnąć, po osiemdziesiątej próbie zatrzymania go przez pielęgniarki chyba coś zrozumiał. On działał, ja siedziałem i myślałem. To chyba było najgorsze. Nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem mówić, ruszać się i normalnie funkcjonować. Po prostu byłem sparaliżowany.
- Sami nie wiemy, gdzie ją zawieźli, ale jest z nią źle. - przełknąłem wielką i rosnącą gulę w gardle. Mówiłem tak strasznie cicho, że sam nie słyszałem swojego głosu. Mama jednak usłyszała. W jednej sekundzie zobaczyłem jak z jej zatroskanej twarzy, znikają wszelkie emocje i zmartwienia i pojawia się jeden wielki wodospad łez. Usiadła na łóżku taty i ukryła głowę w dłoniach. Ten widok jeszcze bardziej łamał mi serce. Ten dzień nie mógł być gorszy.

Z pewnością każdy z nas, miał jakieś problemy, niekiedy duże, a niekiedy tak błahe, że aż szkoda o nich gadać. Ja w tamtym momencie, uświadamiałem sobie jak bardzo byłem roztrzepany. Jak mogłem przejmować się tym, że Nelly zabierała mi samochód, że trening za ciężki, że znów pięć sprawdzianów w ciągu jednego tygodnia? Moja siostra leży podpięta do miliona pikających urządzeń i walczy o życie. Wszystkie dotychczasowe problemy właśnie udawały się na autostradę, prosto do Wirginii. Och, jak na zrządzenie losu, udało mi się nawet zapomnieć o tej pięknej blondynce z równoległej klasy, a już wszyscy myśleliśmy że to niemożliwe! Nelly radziła, żebym znalazł sobie inny kłopot, który zawróci mi w głowię i sprawi że zajmę się czymś zupełnie innym. Teraz to moja siostra i kwestia jej życia nie pozwalały mi normalnie funkcjonować.

Godziny w szpitalu upływały za szybko, może to ze względu na to, że w tym miejscu liczy się każda sekunda? Rzekłbym, że nawet milisekunda. W każdej z tych najmniejszych jednostek czasu, jest ryzyko. Nie byle jakie, w końcu chodzi o ludzkie życie. 

Wciąż nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje z moją siostrą. Nie mogłem wytrzymać w tej niewiedzy, nie dość że widzę, w jakim stanie jest mama, nie mówiąc już o tacie. Siedziałem na łóżku i ślepo patrzyłem w ścianę. Mój telefon, od dobrych paru godzin wariował. Na ekranie co jakiś czas pojawiało się imię mojego przyjaciela, z którym nie miałem siły rozmawiać. Zapewne, chciał się dowiedzieć jak droga, czy sprawdzałem już składy i czy jestem na miejscu, a ja jestem w szpitalu i modlę się żeby Nelly przeżyła.

Wyszedłem z sali. Nie mogłem wytrzymać tego napięcia i zapłakanej mamy. Przez nią czułem się, jakby ona umarła, a przecież nie umarła, prawda? Podszedłem do butli z wodą i wyciągnąłem biały plastikowy kubeczek, który sam zgniatał mi się w dłoni. Wlałem wodę i upiłem łyk. Przez cały czas, nie było we mnie życia. Czułem się źle. Nie miałem na nic siły, moje ciało było takie słabe, a moje oczy były mokre od łez.
Z pewnością wielu z nas, miało dość swojego rodzeństwa. Miało dość tak, że jedyne co chodziło nam po głowie to wrzucenie im bomby do pokoju i zamknięcie im drzwi. To okropne. Te myśli przechodziły nam przez głowę, ale zaraz się rozmywały, bo górę brał zdrowy rozsądek, który wyraźnie podpowiadał: "Przesadziłeś".
- Ty, w życiu nie widziałam Cię w gorszym stanie. Teraz mogłabym pokazać dziewczynom, że wcale nie jesteś taki przystojny. - usłyszałem. Usłyszałem jej głos. Słyszałem jej cichy chichot. Nerwowo zacząłem się rozglądać. Wstałem z miejsca i zrobiłem parę kroków w przód. Nigdzie jej nie widziałem. Z moją psychiką jest już tak źle, czy ona faktycznie tu była? Poczułem nawet jej słodkie perfumy, które babcia kupiła jej na gwiazdkę rok temu.

- Nelly? - powiedziałem niepewnie. Przetarłem dłonią twarz. Muszę się odświeżyć. Udałem się do łazienki, po drodze wciąż się oglądałem za siebie. Wszedłem do łazienki i od razu podszedłem do kranu. Odkręciłem zimną wodę i chlusnąłem wodą w twarz. Lekko mnie to obudziło. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze - Nelly miała rację, w życiu nie wyglądałem gorzej. Oczy mam czerwone i podkrążone, na czole i poliku mam zaklejone rozcięte rany, a moje włosy żyją własnym życiem.

Uchyliłem drzwi do sali, zauważyłem dziadków. Babcia podbiegła do mnie i wyściskała, aż tchu mi zabrakło. Uniosłem kąciki ust i bez słowa udałem się na swoje miejsce. Zastanawiał mnie wciąż ten głos. Skoro wszyscy są tutaj, w tym samym stanie, w jakim ich zostawiłem, to niemożliwe żeby Nelly wyszła z ostrego dyżuru. Oparłem głowę o zimną rurkę od łóżka i przymknąłem oczy. Chciałem się zdrzemnąć, ale wiedziałem, że to na pewno mi się nie uda. Było tu głośno, wszyscy wokół mnie byli zatroskani, a ja słyszałem głos mojej siostry. Nadszedł lekarz. Wreszcie może nam coś powie.

- Mam dwie wiadomości. Zacznę od tej dobrej, jeżeli państwo pozwolą. - spojrzał na nas doktor. Wszyscy kiwnęliśmy potwierdzająco głową. - Wasza córka żyje. - uśmiechnął się. Odetchnęliśmy wszyscy z ulgą. Nelly żyję. - Lecz jest też druga wiadomość, tak jak mówiłem. Jest ona utrzymywana w stanie śpiączki. Organizm odniósł zbyt duże obrażenia, potrzebuje sporo czasu na regenerację. - złożył ręce. - Niedługo będziecie mogli ją odwiedzić, teraz przygotujemy salę.

Mój wzrok znów gdzieś zastygł. Ona jest w śpiączce. Co jeżeli się nie wybudzi? Ona miała tyle planów, na Boga! Jest taka młoda i ładna, nawet nie zdążyłem poznać jej chłopaka! Co jeżeli obudzi się za dziesięć lat? To w ogóle możliwe? Ile można być w śpiączce, można umrzeć? Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. W głowie ponownie miałem mętlik. To się tak nie skończy, sprawię że gdy się obudzi, jej życie będzie wyglądało jak w najlepszym filmie ze szczęśliwym zakończeniem. Teraz tylko pozostaje najważniejsze pytanie, na które wciąż nie umiem odpowiedzieć. Czy to ją słyszałem? 
 
 
Wanesa Wojciechowska 1c
 

"Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród..."

Kto by pomyślał, że po tylu latach burzliwej i krwawej historii Polska ponownie powstanie? Nie było jej na mapie, właściwie nie istniała. Jednak pomimo zaborów, Wielkiej Wojny, olbrzymich strat oraz niewyobrażalnego bólu, byli tacy, którzy zawalczyli o nową niepodległą Polskę.
11 Listopada, to pewnie jedna z najważniejszych dat dla całego narodu polskiego, bo gdyby nie ten jeden dzień, to jedno wydarzenie, nie było by nas tutaj. A na pewno nie istnielibyśmy jako Naród Polski.
Teraz, w 2018 roku, spróbujmy wyobrazić sobie, że nadchodzi wojna, że trzeba chwytać za broń i walczyć za ojczyznę. Jest to niemal niewyobrażalne, a kiedyś? Typowa rzeczywistość, realia codzienności. Poranek przy huku bomb, nocna bezsenność w obawie o lepsze jutro. Ciągły niepokój oraz strach, a z drugiej strony wiara w Polskę i nienawiść do wroga. Wierzę, że w raziepotrzeby Polacy zmobilizowaliby się do działania, lecz w głowie pojawiają się setki pytań. Gdzie uciekać? Co dalej? Co ze szkołą, pracą? Są to sytuacje nie do pomyślenia i nie mieszczą się w głowie licealisty. Jako młoda Polka twierdzę, że możliwość życia w wolnym i niepodległym kraju, to jednocześnie szczęście, ale również duma. Czuję dumę, ponieważ znam historię mojego kraju oraz mam świadomość wszelkich wzlotów i upadków naszej drogi do niepodległości. Warto również wspomnieć, że nie tylko Józef Piłsudski miał wpływ na tak wielkie wydarzenie. Obok generała Piłsudskiego stali między innymi: Roman Dmowski, Ignacy Daszyński, Wincenty Witos oraz Ignacy Jan Paderewski, którzy, jak powiedział prezydent Duda, „umieli stanąć razem, choć mieli przecież różne poglądy, różnym ideom służyli, to jedna była wspólna – wolna, niepodległa, suwerenna Polska”. Oprócz tych znanych postaci byli również ci, których imion nie znamy. Tysiące żołnierzy, którzy polegli w obronie ojczyzny, poświęcili swoje życie za wolność. 
Dziś, mamy możliwość brania udziału w marszach na cześć niepodległości, śpiewamy patriotyczne pieśni, chodzimy na koncerty z tej okazji... czy to nie jest piękne? Wspólne świętowanie tak ważnego dnia sprawia, że o historii się pamięta. A dopóki my będziemy o niej pamiętać, Polska nie zginie.

Zuzanna Skalska kl. 1G
 

Wywiad z Anną Dereszowską

 
Alicja Tomaszewska: Z jaką bohaterką dotychczas graną, utożsamia się pani najbardziej?
 
Anna Dereszowska: Najbardziej lubię film pt.: ,, Nigdy nie mów nigdy ” z Jasiem Wieczorkowskim. Ta bohaterka jest mi najbliższa, ale to pewnie też dlatego, że to była główna rola, wiodąca i dużo musiałam sobie nad nią popracować, żeby to wszystko ładnie wyszło. A z ról teatralnych najbardziej lubię „Boga mordu ”. Ta dziewczyna, w którą się wcielam, ma bardzo dużą amplitudę emocji – od takiej poukładanej, grzecznej, a potem okazuje się, że tam w środku jest taki nieprawdopodobny wulkan! Uwielbiam to grać, naprawdę! To jedno z takich moich ukochanych scenicznych wcieleń!
 
AT: W jakim gatunku filmowym najlepiej się pani czuje?
 
AD: Ja nie mam jakiejś wielkiej filmografii, żebym tak mogła sobie powiedzieć, że to lubię, a tego nie, ale generalnie lubię grać w komediach, bo uwielbiam, gdy ludzie się śmieją. Mamy takie trudne czasy. Wszyscy są strasznie zabiegani i dużo pracują, są przemęczeni, więc fajnie jak przychodzą do kina i odpoczywają... Pewnie, że mi się marzy taka rola jak Joasi Kulig w ,,Zimnej wojnie ”, ale to się zdarza raz w życiu, a za mojego życia już się wydarzyło, bo Joanna dostała taką rolę… (śmiech) Ale wiesz, każdy ma swój czas!
 
AT: Czy lubi pani pracować z dziećmi? W programie ,, Mali Giganci ” pani drużyna wygrała!
 
AD: Bardzo lubię, tylko że na planie jest to bardzo trudna praca. W Polsce nie zawsze respektuje się prawa dzieci. W pracy mogą siedzieć góra osiem godzin, a u nas często siedzą te dwanaście! Na początku to się wydaje fajne, ale potem jak trzeba powtarzać duble po piętnaście, dwadzieścia razy i trzeba być miłym, kiedy człowiek jest sfrustrowany i zły, i trzeba lubić kogoś, kogo tak naprawdę  się nie lubi, to jest to mało wdzięczne. Trudno jest to dziecku wytłumaczyć. Ta praca jest specyficzna, szczególnie z małymi dziećmi, od których ciężko jest wymagać, żeby były zawsze w dobrym humorze, bo to jest praca! No koleżanko, przyszłaś do pracy. Jesteś moją koleżanką po fachu i musimy tutaj zrobić scenę, bo czeka pięćdziesiąt osób ekipy, aż tobie humor wróci! Ale to dziecko ma to w nosie! Często jest też tak, że aktorzy mówią, że nie lubią pracować z dziećmi i ze zwierzętami, bo to jest naturalna rzecz, że dzieci i zwierzaki mają tyle wdzięku, iż potrafią ukraść całe show! Człowiek się napracuje, a cała uwaga skupia się na dziecku! Ale ja to lubię. Sama jestem mamą, więc dzieciaki uwielbiam!
 
AT: Jak czuła się pani, wcielając się w Korę w programie ,, Twoja twarz brzmi znajomo ” i czy trudno było ją ,,odegrać” ?
 
AD: To była jedna z moich najprzyjemniejszych postaci do odegrania. Scenicznie Kora jest mi bardzo bliska. Ten rodzaj energii i ekspresji scenicznej jest bardzo ,,mój”. To było dla mnie niezwykle zaskakujące, bo jak dostałam tę postać do zrobienia, to pomyślałam sobie: ,,Matko Boska, to w ogóle nie jestem ja!” Ale nagle okazało się, że to jest ,,totalnie moje” i ze wszystkich postaci, które zrobiłam w ,, Twoja twarz brzmi znajomo”, moje dwie ukochane to właśnie Kora i Edith Piaf z finału. Nad Edith też mi się świetnie pracowało, bo to była czysto aktorska praca. Ja się mocno upierałam, mogąc w finale wybrać postać, żeby to była Edith Piaf, mimo że produkcyjnie to nie bardzo było wszystkim na rękę, ponieważ wiadomo, że lepiej sprzedaje się takie show, gdzie jest kolorowo i dużo się dzieje, a to było bardziej stonowane i skromne.
 
AT: Czy uważa pani, że powinno się ,,oswajać” młodych ludzi z tematem odmienności rówieśników? Czy tolerancja jest dla pani czymś ważnym?
 
AD: To jest super pytanie, bo generalnie w Polsce na temat tolerancji trzeba mówić. Fantastycznie, że jest dużo takich akcji, które mówią o tolerancji i że angażują się w nie osoby szanowane społecznie i takie, które mogą być wzorem. Ale chociażby sam przykład uchodźców, którzy są  ,,inni” i nie chcemy ich w Polsce przyjąć, bo… są inni, to jest to totalny brak tolerancji. Z jednej strony rozumiem strach ludzi, a z drugiej, na miarę swoich możliwości i na skalę naszego kraju powinniśmy pomagać. Mam wrażenie, że w większych miastach ten problem nietolerancji, szczególnie jeśli chodzi o odmienność upodobań seksualnych jest dużo mniejszy, natomiast w małych miasteczkach to się pojawia często i dla tych ludzi jest to spory kłopot. Nietolerancja występuje na wielu płaszczyznach. Chociażby współpracując z wioskami dziecięcymi bardzo dużo mówimy o inności dzieci, które pochodzą z rodzin rozbitych, alkoholowych, po traumie i są one w jakiś sposób naznaczone. Z różnych powodów spotykają się z nietolerancją  w szkole i na temat takiej nietolerancji  SOS prowadzi bardzo ciekawe lekcje, na których dzieciaki naprawdę się angażują i wiele rozumieją. Niestety najczęściej jest tak, że to, co mówią i myślą, jest zwierciadłem tego, co usłyszą w domu. Myślę też, że to się w dużym stopniu zmienia przez to, że jest Internet, który z jednej strony jest niebezpieczny, ale z drugiej strony może nam otworzyć oczy i sprawić, że  będziemy się mniej bali, ponieważ agresja i strach wynikają z niewiedzy. Nie wiesz, nie znasz, no to się boisz. Zaczynasz się bać, a później ten strach urasta i zmienia się w agresję. Myślę sobie, że im więcej rozmawiamy z dziećmi, im więcej im pokazujemy, im więcej z nimi podróżujemy, tym one się mniej będą bały, a co za tym idzie, będą po prostu bardziej otwarte na świat i mniej agresywne.

AT: Bardzo dziękuję za rozmowę.
 

Wywiady Medioznawców

Nazywam się Natalia Krzymińska i miałam szansę być na wycieczce, której główną atrakcją było nagrywanie czterech odcinków „Koła Fortuny”. Jestem członkinią Koła Naukowego Medioznawców, więc miałam ambicję dobrze to wykorzystać i przeprowadzić wywiad z kimś zaangażowanym w realizację programu. Udało mi się przeprowadzić aż dwie rozmowy. Na obecną chwilę mogę pochwalić się wywiadem z perkusistą zespołu RBand, który przeprowadziłam wspólnie z koleżanką – Wiktorią Glapą, oraz z pracownikiem studio – z koordynatorem statystów. Wywiad z koordynatorem widowni jest krótki, gdyż udało mi się złapać pana Piotrka tuż przed nagrywaniem ostatniego odcinka. Nie zmienia to jednak faktu, że zadałam kilka pytań, na które otrzymałam i tak dość długą (jak na panujące warunki) odpowiedź!
 
WYWIAD Z PIOTREM SADOWSKIM

Piotr Sadowski: Czy to są krępujące pytania?

Natalia Krzymińska: Nie, absolutnie! (śmiech)

PS: W takim razie w porządku (śmiech)

NK: Jesteś animatorem publiczności? Tak się to nazywa fachowo?

PS: Animatorem publiczności jest Jacek i on zabawia publiczność, każe klaskać, wstawać, bujać się itd. Ja jestem koordynatorem statystów, bądź opiekunem statystów czy widowni. Na planie filmowym nazywa się ta funkcja koordynatorem statystów, tutaj natomiast jestem opiekunem widowni. Moja praca polega na tym, że wypełniam z nimi papiery, załatwiam formalności, na koniec wypłacam pieniądze. Generalnie koordynuję na planie filmowym czy na planie telewizyjnym jak tutaj, czyli dbam o porządek, posiłek dla naszych statystów itd.

NK: Zauważyłam, że często przesadzasz ludzi z np. rzędu trzeciego do pierwszego. Czym się kierujesz w takim „przemieszczaniu” publiczności?

PS: Wiesz co… generalnie staramy się, aby na jednej ławce siedziała określona liczba osób, czyli np. 6-7 osób, bo  chodzi o to, żeby wyglądało to estetycznie i ładnie. Nie kieruję się tym, że ktoś jest ładniejszy i chcę, aby usiadł tutaj, bo tu bardziej widać itd., albo  że, nie wiem, ktoś jest wyższy, niższy. Tylko chodzi po prostu o to, aby te 7 osób siedziało na jednej ławce, a nie – w jednej jest 3, w jednej jest 8 i są przerwy. W telewizorze bardzo brzydko to wygląda i jak byśmy coś takiego zrobili lub przeoczyli, to dostajemy po głowie od produkcji.

NK: Co jest najtrudniejsze w takiej pracy?

PS: To, że ta robota bardzo długo trwa. Plany filmowe trwają 12 godzin, telewizyjne nieraz też. Tutaj jesteśmy generalnie 8 godzin w „Kole Fortuny”. No jest to dość długie i czasem nużące.

NK: Jak długo pracujesz jako koordynator?

PS: Rok. Rok temu zacząłem pracę, od razu po skończeniu dwuletniej szkoły filmowej. Posiadam trzymiesięczny staż do telewizji Polsat i poszedłem też statystować do nowego filmu Wojtka Smarzowskiego „Kler” i stamtąd agencja wyhaczyła mnie na koordynatora.

NK: Super, dziękuję bardzo!

PS: Dzięki również!
 
WYWIAD Z PANEM ŁUKASZEM MARKIEM – CZŁONKIEM ZESPOŁU RBAND
 
NK,WG: Dzień dobry!
ŁM: Cześć, jestem Łukasz!
NK: Pan Łukasz jest w zespole…?
ŁM: W zespole RBand, który gra na co dzień z Rafałem Brzozowskim, jak również w programie „Koło Fortuny”.
NK: Czyli rozumiem, że jak Rafał Brzozowski ma jakiś występ, to gra z państwem?
ŁM: Tak.
NK: Dobrze. Jako, że gra pan również w Kole Fortuny, jak wygląda praca w telewizji z punktu widzenia muzyka?
ŁM: No.. Przychodzimy codziennie rano przed wszystkimi, przygotowujemy piosenki na wszystkie 4 odcinki które nagrywamy podczas jednego dnia no i później… Gramy te piosenki w programie. (śmiech) Od rana próby - później nagrywanie. Od samego rana do wieczora.
NK: Czym się różni granie muzyki w programie telewizyjnym od grania na koncertach?
ŁM: To jest całkiem inna praca. Tutaj wszystko można powtórzyć, poprawić, a granie koncertów na żywo to zdecydowanie co innego. Inny repertuar – tu gramy jingle, na koncertach autorskie piosenki Rafała.
WG: W takim razie co pan preferuje? Bardziej woli pan grać w telewizji czy jednak koncerty?
ŁM: Nie no, obie rzeczy są bardzo ciekawe. Dobrze jest robić raz to, raz to – dziś nagrywamy program, jutro jedziemy na mazury grać koncert – jest fajnie bo jest zróżnicowanie. Całe życie w trasie.
NK: A co panu najbardziej przeszkadza w pracy w programie telewizyjnym?
ŁM: Co mi przeszkadza? Mało jest takich rzeczy… Przeszkadza mi to, że nie ma mnie w domu, bo jestem z Krakowa. (śmiech) Muszę być cały czas gdzie indziej, z daleka od rodziny niestety, ale cóż… Taka praca!
WG: Czy zdarzyła się taka sytuacja, że ktoś pana rozpoznał z telewizji?
ŁM: Tak, tak, pani z „Żabki” u mnie w bloku. Jest wielką fanką koła! (śmiech) No, także tak, czasami zdarzają się takie miłe sytuacje.
NK: Zauważyłyśmy podczas nagrywania, że jest pan bardzo pozytywnie nastawiony do życia i często się pan śmieje! Co wywołuje w panu takie emocje?
ŁM: Taki mam charakter – bo czym tu się przejmować? Fajny program, fajne piosenki gramy, rozdajemy ludziom pieniądze… Także no, tylko się uśmiechać – słonko świeci jest pięknie!
WG: Czy jeśli miałby pan możliwość – wziąłby pan udział w „Kole fortuny” jako uczestnik?
ŁM: No… Kiedyś się tu bawiliśmy tak… (śmiech) Jak był czas na jakieś tam imprezy. Ale chyba nie, jestem wesoły, ale raczej skromny, także chyba nie miałbym odwagi, żeby się zgłosić na uczestnika do takiego programu.
WG: W jaki sposób są wybierane piosenki do odcinków?
ŁM: Na otwarcie jest zawsze inna piosenka, która jest przynajmniej trochę nawiązaniem do tego jakie będzie to otwarcie – bo są różne. I tak samo w muzycznej rundzie staramy się, żeby to było tematycznie pod hasło tej rundy. Wiadomo, że mniej więcej, bo trudno jest to zrobić idealnie.
WG: Gra pan na perkusji. Ile lat doświadczenia ma pan z tym instrumentem?
ŁM: Oj! Ja gram od 12. roku życia, czyli już ponad 20 lat. Na początku to było troszkę dla zabawy, a teraz taką mam pracę, także fajnie się poukładało.
NK: A tak między nami – jak wygląda współpraca z Rafałem Brzozowskim?
ŁM: Idealnie! (śmiech) Iiiiidealnie.
NK, WG: Dziękujemy bardzo za wywiad!
ŁM: Również dziękuję!

 
 
 
 
 
 

Wojna podwodna oczami radiotelegrafisty - recenzja książki " Ostatni U- boot"

 
            Wolfgang Hirschfeld (1916-2005) prowadził dziennik, w którym opisał swoją historię związaną z niemiecką Kriegsmarine (niem. marynarka wojenna). Wydana książka nosi tytuł Ostatni U-boot. Był podoficerem radiotelegrafistą. W jego zapiskach są zawarte rozmowy członków załogi. Tekst zaciekawia czytelnika, ponieważ zaspokaja na każdym kroku jego ciekawość związaną z dalszymi losami bohatera.
            Bohater służył na U-109 i U-234 (U – niem. Unterseeboote - pl. łódź podwodna). Pływał po wielkich akwenach, od Atlantyku aż po Karaiby. Książka poprzez swój łatwy przekaz jest atrakcyjna dla wszystkich czytelników. Dziennik przenosi nas do czasów II wojny światowej. Mogę śmiało stwierdzić, iż jesteśmy świadkami tych wydarzeń. Autor wyprowadza nas z błędu, że walka podwodna jest lepsza od tej na lądzie czy w powietrzu. Członkowie załogi narażeni są bowiem na ataki bombami głębinowymi, które powodują  ogromne napięcie. Podoficer opisuje jak członkowie załogi zadzierają głowy jakby coś można było tam wypatrzeć. Hirschfeld notuje warunki atmosferyczne, okoliczności zatapiania wrogich jednostek, przez co czyni książkę bardzo realistyczną. Pozwala przy tym na głębsze wejście w świat przedstawiony w utworze. Jego wypowiedzi są precyzyjne. Widać, że autor zawarł w dzienniku duży zasób informacji. Dodatkowo kiedy nie jesteśmy zorientowani w wydarzeniach/dziedzinach wiedzy do których nawiązuje autor, z pomocą przychodzą nam konsultanci z wydawnictwa. Dołączają  przypisy do poszczególnych pojęć. W swoim ostatnim rejsie na U-234 Wolfgang brał udział w misji przetransportowania uranu do Japonii.
            Polecam tę książkę każdemu czytelnikowi, a zwłaszcza zainteresowanemu historią XX wieku oraz życiem na takiej jednostce. Autor, posługując się prostym językiem, trafia do odbiorcy. Możemy również przyjrzeć się sylwetce jednego ze słynnych asów U-bootwaffe (niemiecka flota podwodna) – Heinricha Ajaksa Bleichrodta, z którym Hirschfeld odbył kilka patroli.
 
Mikołaj Umerle
 
 
 
 
 
 
 
           
Narodowe czytanie z Danielem Olbrychskim 

Drugi weekend miesiąca. Słoneczne wrześniowe popołudnie. Szesnaście minut po godzinie siedemnastej, a pana Daniela Olbrychskiego nadal nie ma. Może się rozmyślił? Może się gdzieś zgubił? Różne pomysły przychodzą nam do głowy, jednak w końcu, z niespełna półgodzinnym opóźnieniem, jego czarne subaru zajeżdża na parking przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Golinie. Jeszcze tylko dwie minutki na odświeżenie się w łazience po podróży i możemy rozpocząć narodowe czytanie! Pan Daniel zaczyna krótkim monologiem, informując nas o tym co robił dziś rano, a potem odczytuje wybrany fragment ,,Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, co jakiś czas komentując przedstawione w tekście sytuacje i przytaczając związane tematycznie anegdotki z własnego życia. Później czyta także rozdział ,,Potopu” Henryka Sienkiewicza, wspaniale gestykulując i modulując głosem. Opowiada nam o swojej ogromnej miłości do koni i jeździectwa, a zapytany o to, jak wspomina współpracę z Angeliną Jolie, odpowiada:
 
,,O niektórych aktorach mówimy, że „gwiazdorzą”. To są słabi aktorzy, którzy ciągle marudzą i tylko udają, że grają. Angelia jest prawdziwą gwiazdą. Kilka razy pomyliłem się w tekście i musieliśmy grać ujęcia jeszcze raz. Przepraszałem ją za to, a ona tylko się uśmiechała i nawet jej brew nie drgnęła, że coś jest nie tak. Po tym właśnie poznaje się prawdziwą gwiazdę.”
 
            Wreszcie przyszedł czas, na który wszyscy czekali. Cały tłum ludzi rzucił się w kie-runku pana Olbrychskiego, oczekując autografów, zdjęć i choć krótkiej rozmowy. Ale czasu było mało, ludzi cała masa, a Daniel Olbrychski tylko jeden! Dzielnie i z zawrotną prędkoś-cią składał podpisy na podtykanych mu przez fanów kartkach. W tym natłoku znalazł też chwilkę, aby odpowiedzieć na moje pytanie.
 
JA: Co było najtrudniejszą rzeczą, której musiał się pan nauczyć specjalnie do filmu?
 
DANIEL OLBRYCHSKI: To było dosyć niedawno, w jednym z ostatnich filmów. Musiałem nauczyć się tekstu po rosyjsku, z rosyjskim akcentem. To było nie lada wyzwanie…
 
Każdemu odpowiadał z pasją i szczerością. Swoją autentycznością i poczuciem humoru uczynił  to popołudnie niezwykłym i niezapomniany przeżyciem. Sprawił, że tegoroczne narodowe czytanie zyskało kolejną cząsteczkę wyjątkowości.
 
Alicja Tomaszewska, 1g
 
Wywiad z Sonią Bohosiewicz
 

 
Alicja Tomaszewska: Dzień dobry.
 
Sonia Bohosiewicz: Dzień dobry… Cisza! Wywiad jest! (śmiech)
 
AT: Pytanie numer jeden-stres. Jak pani uważa? Czy z każdym kolejny wystąpieniem jest on coraz mniejszy?
 
SB: Nie nie…
 
AT: Czy łatwiej jest sobie z nim poradzić, gdy jest się już doś-wiadczonym, ma się długoletni staż?
 
SB: Myślę, że tu jest jeszcze co innego. Stawka rośnie. Czym jes-teś dalej, czym człowiek jest starszy, tym bardziej orientuje się ile ma do stracenia i boi się, bo powiedzmy sobie szczerze, zawód aktora jest nieobliczalny. Nieobliczalny w tym sensie, że jakby się na przykład piekło chleb, to jak ten chleb wyszedł ci już tysiąc razy, to umówmy się, wstajesz w środku nocy i wiesz jak się go robi. A tutaj za każdym razem rola jest inna i zastanawiasz się ,,Jezu, jak ja to zrobiłam, że mi wyszło?”
 
AT: Jak dostała się pani na swój pierwszy plan filmowy? Przypa-dek, po znajomości, casting?
 
SB: Więc słuchaj, nie było castingu. Chodziłam do studia aktors-kiego Doroty Pomykały Art Play w Katowicach i pani Dorota wzięła nasze zdjęcia i pokazała je panu Jerzemu Stuhrowi, żeby wziął kilka osób. Najprawdopodobniej od razu dała mu parę kon-kretnych osób, a nam przekazała, że to pan Jerzy nas sobie wybrał. Widocznie najbardziej rokujące osoby chciała wysłać do filmu, żebyśmy zobaczyli jak się czeka, jak się denerwuje, jak się gra przed tą kamerą. Żebyśmy zobaczyli czy to jest naprawdę to co chcemy robić w życiu.
 
AT: Uważa pani, że w obecnych czasach konieczne jest ukończe-nie szkoły aktorskiej lub teatralnej, aby grać filmach, być aktorem?
 
SB: To nie jest konieczne. Znam wiele osób, które nie skończyły szkoły filmowej i grają w filmach. Nie mam o to pretensji, są bar-dzo utalentowani. Są też osoby, które chodzą na różne kursy. Jest oczywiście łatwiej wejść do tego świata, jeżeli jest się w szkole teatralnej czy filmowej, bo wtedy pedagodzy cię znają, polecają. Znam też ludzi, którzy ukończyli szkoły, ale nie powinni uprawiać tego zawodu.
 
AT: Ma pani dwóch synów. Zauważa pani, żeby ciągnęło ich do aktorstwa?
 
SB: Jeden ma sześć lat, drugi dziewięć. Nie wydaje mi się, żeby ciągnęło ich do aktorstwa.
 
AT: Jak ich koledzy reagują na to, że mają sławną mamę?
 
SB: Moi synowie chodzą do prywatnej szkoły i to że jest mama aktorka to chyba nic szczególnego, ponieważ jest też tata prezes, tata sportowiec, były rajdowiec… Poza tym oni jeszcze tego nie "ogarniają", że mama jest w telewizji, że to jest coś wyjątkowego. Myślę, że z tym dopiero się zmierzą, jak będą starsi, gdy zaczną czytać jakieś niepochlebne komentarze w internecie i zrobi im się przykro. Na razie uważają, że to jest naturalne.
 
AT: Chciała pani kiedyś zagrać w jakimś filmie produkcji Hollywood?

SB: Nie znam na tyle języka, żeby grać w Hollywood, więc nigdy o tym nie marzyłam. (śmiech)
 
AT: Lubi pani śpiewać?
 
SB: Bardzo lubię! Nawet wolę śpiewać niż grać!
 
AT: Myślała pani kiedyś o zakończeniu kariery aktorskiej? Ma pani jakąś alternatywę co by potem pani chciała robić?
 
SB: O niczym innym nie myślę, tylko żeby robić coś innego także oprócz aktorstwa, na wypadek, gdyby nadszedł moment kiedy nie będzie chciało mi się już grać albo będę czuła, że to już nie jest dla mnie, że to przeskakuje moje możliwości fizyczne. Od kilku lat nieustannie myślę, co jeszcze innego mogłabym robić.
 
AT: Jako widz woli pani chodzić do kina czy do teatru ?
 
SB: Lubię i oglądać filmy i chodzić do teatru, nawet na złe spektakle… o dziwo (śmiech) Ale złych filmów oglądać nie lubię.
 
AT: Lubi pani czytać książki?
 
SB: Bardzo lubię! Lubię oglądać filmy i seriale, i grać w gry komputerowe! Lubię robić wszystko to, żeby nie pracować... (śmiech)
 
AT: Dziękuję za wywiad.
 
SB: Dziękuję.
 
 
 

Robinson Crusoe kosmosu

NASZE KANAŁY