Wywiad ze Stanisławą Celińską

Alicja Tomaszewska i Iga Grabowska: Dobry wieczór. 
 
Stanisława Celińska: Cześć dziewczyny.
 
AT: Na drogach naszego życia spotykamy mnóstwo ludzi, właściwie każdego dnia. Większość z nich to jednak tylko przemykający szybko przechodnie. Jedynie niektórzy potrafią odwzajemnić uśmiech i nawiązać kontakt wzrokowy. Garstka z nich decyduje się wyciągnąć rękę. Czy pamięta Pani taką najbardziej wyjątkową osobę, która pojawiła się w Pani życiu i totalnie zmieniła jego bieg?
 
SC: Ta historia łączy się z liceum, ponieważ spotkałam tam pewną panią profesor, która niedawno zmarła niestety w Stanach Zjednoczonych. Musiała tam wyemigrować w 1968 roku ze względu na pochodzenie swoje i swoje męża. Nie mniej jednak kobieta ta wlała we mnie spokój i wiarę w siebie. Uwierzyła, że mogę dostać się do szkoły teatralnej, że mogę zostać aktorką. Przyglądała mi się, a ja czułam, że mam w niej wsparcie. To było bardzo ważne i budujące. Oczywiście takich osób było więcej, a ja chętnie ich słuchałam. Kiedyś rola autorytetu była być może bardziej znacząca niż obecnie. Gdy byłam już w szkole teatralnej, profesor Grzanowska sprzedała mi piękne powiedzenie Michała Anioła: "Każdego dnia jedna kreska". Beethoven powiadał zaś: "Każdego dnia jedna nutka". Chodzi o to, żeby codziennie zrobić coś twórczego albo przeczytać coś wartościowego. Aby ta jedna kreska była postawiona na twórczej mapie życia i żaden dzień nie był zmarnowany. 
 
IG: Co uważa pani za swoje największe życiowe osiągnięcie?
 
SC: Ja do niego cały czas dążę. Przede wszystkim chcę być dobrym człowiekiem. Ważne jest to, żeby nikogo nie oceniać. Tak jak napisałam też w moim protest songu "Niech minie złość", który w zeszłym roku wygrał na festiwalu w Opolu, my nie wiemy o ludziach wszystkiego. Rzucamy w kogoś kamieniem, ale nie mamy pojęcia, że na przykład jest chory albo przechodzi przez jakiś problem. Dosyć trudno pisało mi się ten tekst, bo to nie jest proste napisać o takich rzeczach mądrze. Ale to jest właśnie moim priorytetem. To w sobie ćwiczę, by nikogo nie obmawiać, tylko pochylić się nad nim z miłością, bo skoro Bóg go kocha, to i ja powinnam. 
 
AT: Obecnie wiele osób młodych, ale nie tylko zmaga się z presją otoczenia. Ludzie sami nakręcają tę machinę, w pewnym momencie zapominając za czym tak naprawdę gonią i co ich początkowo motywowało. Czują się przez to zagubieni i rozdarci, a taki stan sprzyja zatapianiu się w różnej maści uzależnieniach. Jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy, za którą powrót staje się niemożliwy lub naprawdę bardzo trudny i długotrwały?
 
SC: Myślę, że trzeba po prostu słuchać mądrych ludzi. Narkotyki, alkohol.. to jest wszystko ucieczka od życia, a je trzeba brać za bary! Z życiem trzeba się mocować, ćwiczyć w sobie wolę, charakter, nie poddawać się, nie chować. I trzeba także nauczyć się przeczekać. Jest takie powiedzenie: "Jak masz ochotę zrobić coś złego, policzyć do 10, a nawet do 20". Nawet jeśli jesteś na maksa wkurzony, to te emocje powinny po chwili przejść. Nigdy nie działaj w gniewie pod wpływem impulsu. 
 
AT: Dziękujemy Pani bardzo za wspaniałą rozmowę. 
 
SC: Ja również dziękuję. Trzymajcie się dobrze! 
 
IG: Dobranoc. 
 
SC: Dobranoc. 

Wywiad z Arturem Andrusem

Alicja Tomaszewska: Dobry wieczór. 
 
Artur Andrus: Cześć. 
 
AT: Był pan kiedyś harcerzem. Jak aktywny udział w życiu tej wyjątkowej społeczności, bo był pan przecież redaktorem naczelnym kwartalnika "Harcerz Sanocki", wpłynął na pana dalsze życie? 
 
AA: Harcerstwo wpłynęło na mnie w bardzo znaczący sposób, ponieważ ja tam zaczynałem pisać, tam miałem swoje pierwsze próby dziennikarskie. Oprócz tego harcerstwo, zwłaszcza w tamtym czasie, to była organizacja, która otwierała drzwi na świat! Dzięki niemu mogłem pierwszy raz pojechać za granicę, mogłem pierwszy raz zobaczyć morze, a z Bieszczad, w których na co dzień mieszkałem nie było tak blisko. Bardzo miło wspominam harcerstwo również jako miejsce, gdzie poznawało się wielu ludzi, z którymi się zaprzyjaźniało i to na całe życie! Z niektórymi do dzisiaj utrzymujemy te znajomości! 
 
AT: Można powiedzieć, że komedia panu nie obca. Był pan chociażby gospodarzem kabaretowych spotkań w warszawskiej Piwnicy pod Harendą. Jaką rolę pełni humor w poznawaniu samego siebie, w interakcjach ze światem zewnętrznym, w budowaniu dystansu do własnej osoby? 
 
AA: Przede wszystkim ja uważam, że jeśli człowiek nie ma dystansu do samego siebie, to nie ma czego szukać na scenie kabaretowej. Jeśli ktoś traktuje siebie za poważnie i ma na swoim punkcie hopla, to nie będzie rozśmieszał ludzi, tylko ich śmieszył. A mnie chodzi jednak o to, żeby widzów rozśmieszać i w związku z tym staram się uczyć dystansu do samego siebie. 
 
AT: Myślę, że to bardzo zdrowe podejście.
 
AA: Tak. Tak po prostu trzeba, bo to pomaga w codziennym życiu.
 
AT: Dziękuję bardzo za spotkanie. Dobrego wieczoru.
 
AA: Dziękuję. 
 
 

Wywiad z Anią Karwan


(Pytania do wywiadu z Anią Karwan zostały przygotowane w oparciu o piosenkę pt.: "Dzięki Tobie") https://www.youtube.com/watch?v=3MU48gyDrQY&ab_channel=AniaKarwan
 
 
Alicja Tomaszewska: Dzień dobry.
 
Ania Karwan: Cześć!
 
AT: "Nie mogę ruszyć się, a chcę, wstać, podnieść się na raz"… Jak zamienić "chcę" na "mogę"? Jak przestawić sobie w głowie ten drobny "kliczek", który nie pozwala nam uwierzyć, że damy sobie radę, nawet jeśli po drodze czeka nas seria bolesnych potknięć i upadków?
 
AK: Myślę, że po wszystkich moich doświadczeniach, a przede mną jest ich jeszcze pewnie więcej, śmiało mogę powiedzieć, że jedynym motywem do tego, aby chciało się żyć, jest samo życie. Nie jesteśmy w stanie dostać drugiego. Zastanawiam się też czy warto zmieniać "chcę" na "mogę", ponieważ "chcę" jest najważniejsze! "Chcę" TO "mogę". Jeśli skupimy się tylko na tym co możemy, to nigdy nie dowiemy się czego chcemy. Jeżeli jednak ustalimy czego chcemy, to możliwość pojawi się sama.
 
AT: "Mieć jeden dobry dzień, bez pamięci cieszyć się..." Czy nie jest tak, że zawsze skupiamy się na tej jednej złej rzeczy, która się nam przydarzyła, jednocześnie puszczając w niepamięć pozostałe dobre? Mówimy: "od jutra zacznę doceniać drobnostki, cieszyć się z małych rzeczy, żyć chwilą…" Ile takich chwil musiało już jednak bezpowrotnie przepaść pośród pustych słów bezsilności?
 
AK: Mamy jako naród tendencję, że głównie skupiamy się na złych rzeczach. Jako ludzie często cierpimy też na taką przypadłość, że gdy usłyszymy na swój temat jedną złą rzecz, to musimy usłyszeć siedem dobrych, aby to zrównoważyć. Mamy w sobie wiele mechanizmów, z którymi idziemy przez życie, a które zostały nam zakodowane w domu. My, jako Polacy, nie jesteśmy nauczeni mówić o sobie dobrze, bo wtedy od razu wydaje się nam, że jesteśmy zuchwali albo niepokorni, ale to nie jest do końca prawda. Mówienie o sobie w dobry sposób, to zadbanie o siebie oraz oznaka kochania siebie. Największą lekcją jaką każdy człowiek powinien ze sobą przeżyć, to stanąć przed lustrem i wymienić wszystkie złe rzeczy, które w sobie widzi, ale przy tym znaleźć i nazwać trzy razy więcej rzeczy dobrych. Nie ma ludzi tylko złych lub tylko dobrych. Mamy w sobie i dobro, i zło, i tylko od nas zależy, czy karmimy tego dobrego, czy tego złego wilka.
 
AT: Ludzie gonią za pieniędzmi, bogactwem, majątkiem... Ale to, czego tak naprawdę potrzebujemy to bliskość, rozmowa, dotyk... Pośród wszechobecnego hejtu, nienawiści, zazdrości, agresji, najważniejsze to chyba być dobrym człowiekiem, który dzieli się z innymi miłością, ale przy tym sam ma obok taką osobę, która swoją troską i uczuciem każdego dnia dodaje mu energii, by mógł w sobie to dobro pomnażać, prawda?
 
AK: Jedyne co mogę powiedzieć, to... tak, to jest prawda! Dla mnie jako dla 35-letniej osoby najważniejszym w życiu jest teraz zdrowie, miłość i ludzie. Ale ci ludzie, którzy mnie kochają tak jak ja kocham siebie. Już nigdy nie będę goniła za ludźmi, którzy nie zwracają na mnie uwagi. Kiedyś myślałam, że muszę ich czymś zainteresować, aby zasłużyć na miłość. Prawda jest taka, że kiedy stałam się szczęśliwa i kochana sama ze sobą, to nagle wokół mnie zaczęły pojawiać się osoby, które mnie kochają! Dawniej raczej nie zwróciłabym na nich uwagi, bo pomyślałabym, że są jacyś nienormalni! Dziś jednak ich dobro wypełnia moje serce dodatkową miłością i czuję się trochę jak na stacji benzynowej. Gdy się zatankuje, można dostać kartę z punktami, które potem wymienia się na różne fanty. Mam wrażenie, że jestem trochę jak taka karta - przepełniona punktami, które mogę zamienić na nagrody! Powoli ludzie zaczynają budzić się po pandemii, w trakcie której pogoń za pieniądzem nie była za bardzo możliwa. Siedzieliśmy w domu i większość musiała zdać sobie sprawę z tego, co jest ważne. Mam nadzieję, że ludzie, a zwłaszcza młodzi, zrozumieli, że gonitwa za majątkiem nigdy nie powinna być ważniejsza niż dobroć w sercu. A prawda jest taka, że kiedy ma się w sobie dobro i robi się dobre rzeczy, to pieniądze same się pojawią.
 
AT: Doskonałe podsumowanie! Dziękuję Pani bardzo za rozmowę.
 
AK: Ja również dziękuję!
 
 

Wywiad z Melą Koteluk i Bartkiem Wąsikiem


Alicja Tomaszewska: Dzień dobry!
 
Mela i Bartek: Cześć!
 
AT: Zacznę może od małej podróży w czasie. Jakie jest Wasze najlepsze wspomnienie z dzieciństwa?
 
Mela Koteluk: (śmiech) Bartek, masz jakieś?
 
Bartek Wąsik: Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa… hmm…
 
MK: To może ja odpowiem, a Bartek w tym czasie pomyśli (śmiech)… To nie jest może najpiękniejsze wspomnienie…
 
AT: Możemy zmodyfikować nieco pytanie wyjściowe do najśmieszniejszego albo najciekawszego wspomnienia.
 
MK: Okey! Pamiętam, że mniej więcej w '98 roku pojechaliśmy z rodzicami i rodzeństwem na wakacje, pierwszy raz do Chorwacji i to na samo jej południe. Matizem. W pięć osób. Z bagażami! I tak sobie myślę, że w tamtych czasach przy dobrych chęciach wszystko dało się jakoś poskładać! Nie trzeba było mieć vana, żeby przemieścić się z rodziną, z dziećmi. Dla moich rodziców nie było problemem, żeby to ze sobą logistycznie zgrać. W takim pomyśle było wiele energii i trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby taki wyjazd w ogóle się wydarzył, ale dali radę.
 
BW: To nie było takie zupełne dzieciństwo, ale teraz przypomniało mi się częste przebywanie w niesamowitej przyrodzie! Miałem fioła na punkcie biologii, więc zdarzało się na przykład, że przeprowadzałem anatomię żabom, ale to akurat nie jest najpiękniejsze uczucie. Pamiętam za to, że bardzo wcześnie zacząłem podróżować autostopem. To jest o tyle niezwykłe, że obecnie taki sposób podróżowania jest już właściwie nierealny! Miałem kilkanaście lat, dokładniej między 12 a 14 rokiem życia, kiedy pierwszy raz wybrałem się sam w Bieszczady. Moi rodzice myśleli, że jadę maksymalnie 20 kilometrów od rodzinnego Lublina, a ja wylądowałem w Bieszczadach. Nigdy nie zapomnę mojego zachwytu górami.
 
MK: To była wyprawa z kimś czy solo?
 
BW: Solo.
 
MK: Ja na przykład uwielbiam zgarniać po drodze różnych ludzi. Jestem ich zawsze ciekawa. Mam ze trzy takie znajomości, które trwają do dziś. Wciąż utrzymuję kontakt z pewną Rosjanką, która wraz z koleżanką kończyła swój trip po Europie i chciała przemieścić się do Wilna. Jest też Polka mieszkająca w Szwajcarii, którą zabrałam ze stacji benzynowej pod Poznaniem. Wracałam akurat od rodziców do Warszawy, a ona podróżowała busem, który uległ awarii. I wiesz, ja nie mam w sobie w ogóle takiego lęku, mimo że moja Babcia, wychodząc z założenia, że "nie znam ludzi i jeszcze coś mi zrobią", często mnie strofuje.
 
AT: To podobnie jak moja (śmiech)... Która z wartości jest dla Was najważniejsza w życiu i którą staracie się na co dzień kierować?
 
BW: Ja staram się pracować nad wrażliwością. Z jednej strony odczuwam konsekwencje bycia osobą wrażliwą. Myślę, że jestem wrażliwym człowiekiem i taki mam też feedback od różnych ludzi. Wrażliwość może zrobić z ciebie kogoś słabego, kruchego, niedopasowanego, ale z drugiej strony wiem również, że może dawać ogromną siłę. Kilka razy poczułem, że można z niej korzystać i z jej pomocą tworzyć wielkie rzeczy!
 
MK: Mnie się zdaje, że wrażliwość jest potężną mocą, a nie słabością! Dzięki niej możesz kontaktować się z innymi na subtelnym poziomie emocji, poprzez muzykę. Można ją jednak łatwo stępić, zablokować się, uznać za coś uprzykrzającego życie. Zdarzyło mi się kiedyś spotkać osobę, która chciała mnie zmienić, wycofałam się z tej znajomości, bo poczułam w tej sytuacji pewnego rodzaju niebezpieczeństwo. A jeśli chodzi o moją najważniejszą wartość, to kieruję się w życiu tym, żeby dbać o siebie. Wychodzę z założenia, że jeżeli człowiek dba o siebie, to potrafi też zadbać o innych. Po prostu… z pustego nie nalejesz. Dobrze jest nauczyć się sobą opiekować, czytać informacje z ciała, ducha i żyć pełną piersią, być blisko siebie i innych ludzi.
 
AT: Być bliżej ludzi i tworzyć z nimi nowe, piękne rzeczy. Z okazji 55-lecia szkoły, uczniowie i absolwenci II Liceum Ogólnokształcącego im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Koninie spotkali się razem i wykonali fragment poematu "Szczęśliwe drogi".
 
[fragment jubileuszowego teledysku]
 
MK: Bardzo integrujące przedsięwzięcie, a efekt piękny. Proszę pozdrowić wszystkich, którzy brali w nim udział!
 
BW: Super, że oprócz lekcji i sztywnego siedzenia w ławkach, robicie też takie rzeczy! Zawsze mi się to podobało!
 
AT: Cieszymy się z tak pozytywnego odbioru! Dziękuję za wspaniałą rozmowę!
 
MK: My również dziękujemy!
 
BW: Dzięki, dobrego popołudnia!

Wywiad z Marią Sadowską


Alicja Tomaszewska: Dobry wieczór. 
 
Maria Sadowska: Cześć!
 
AT: Pierwsza koncertowa wyprawa po tej przymusowej przerwie...
 
MS: Nareszcie! 
 
AT: Ale wcześniej miała pani okazję odbyć wiele ciekawych podróży! Chociażby do Cannes oraz Nicei podczas kręcenia „Dziewczyn z Dubaju" czy do Maroko, które stało się inspiracją do orientalnej ballady pt.: "Marakeczi". Z pewnością takich niesamowitych wypraw było jeszcze więcej. Która z nich była najważniejsza, najbardziej wartościowa? W znaczeniu dosłownym lub przenośnym. 
 
MS: Ja podróżuję pół życia, podróże są moją wielką pasją! Kiedyś, jak jeszcze nie miałam dzieci, to bardzo lubiłam podróżować z plecakiem. Byłam w Meksyku, na Dominikanie, na Sri Lance i w Tajlandii. Uwielbiam też jednak takie podróże służbowe, na przykład z koncertami. Bardzo dobrze wspominam festiwal jazzowy w Indiach. Graliśmy w Bombaju oraz w Delhi. Albo festiwale filmowe! Wiele podróży odbyłam ze swoimi filmami, najwięcej chyba z "Dniem Kobiet". A z ostatnich wypraw to rzeczywiście ta do Marakeszu, którą opisuję w piosence "Marakeczi", ponieważ to była przygoda, która zbliżyła do siebie przyjaciół i bardzo otworzyła głowę. Z przykrością muszę stwierdzić, że w ubiegłych miesiącach nie za bardzo dało się podróżować, ale przynajmniej za pomocą muzyki można było przenieść się choć na chwilę w inne miejsca. Teraz przypomina mi się również pobyt w Can, gdzie z bardzo dużą ekipą Polaków i Francuzów robiliśmy film. Nigdy nie zapomnę, jak jechaliśmy przez miasto wypożyczonymi, pięknymi, starymi samochodami z lat 70. i wszyscy do nas machali, robili nam zdjęcia, a my naprawdę czuliśmy się jak gwiazdy filmowe, mimo że miejscowi nie koniecznie wiedzieli, kim jesteśmy.  To są niezapomniane przeżycia, dlatego ja bardzo lubię łączyć podróże z pracą. Wtedy ma się okazję poznać dane miejsce z nieco innego punktu widzenia niż jako turysta. A odkąd mam dzieci podróżuję też bardziej tradycyjnie. Musi być hotel i basen, wtedy są szczęśliwe. Często wybieramy się razem do Egiptu. Ale kiedyś podróżowanie miało nieco inny wymiar. Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę Wam młodym.
 
AT: W pewnym sensie żyjemy obecnie w innych czasach niż kiedyś. W czasach zakręconych, w których mieszają się wartości, w których trudno jest być innym, oryginalnym, po prostu sobą. Jak w tym wszystkim udaje się pani odnaleźć wewnętrzny spokój i dalej podążać swoją drogą?
 
MS: Dla mnie wybawieniem jest muzyka. Polecam wszystkim spróbować śpiewania albo gry na jakimś instrumencie, ponieważ to jest najlepszy rodzaj psychoterapii! Odsyłam także do mojej najnowszej płyty, gdyż ona cała jest właśnie o tym, jak jesteśmy rozbici, rozczłonkowani i jak trudno znaleźć nam grunt pod nogami. Ja mam to szczęście być w szczęśliwym związku i to jest może banalne, ale miłość oraz moje bliskie przyjaźnie są dla mnie głównym środkiem odniesienia. Ale oprócz tego ważnym jest też to, aby się nie zamykać i nie myśleć tylko "co ja, co tu, co wokół mnie", tylko zwracać uwagę również na to, co myślą inni, ponieważ rożnymi się od siebie poglądami. Myślę, że szczególnie ciekawie jest być teraz młodą kobietą. To jest czas, kiedy można walczyć o siebie. Ja robię to od wielu lat, próbując zmieniać mentalność, ale to jest bardzo trudne. Ostatnie wydarzenia pokazały jednak, że macie wielką siłę i nie można mówić, że się "nie nadaję" bo na pewno się nadajesz, trzeba tylko mieć odwagę. A odwaga nie polega na tym, że się nie boisz, tylko na tym, że się boisz, ale mimo wszystko idziesz do przodu. 
 
AT: No właśnie, byle tylko nie stanąć w miejscu! A ile razy myślała pani "nie dam rady, za duża presja, odpuszczam, nie chce mi się już…"? Ile razy udało się Pani przezwyciężyć te szepty lęku? Czy było warto?
 
MS: Wiele razy. Trzeba po prostu nauczyć się wstawać. To nie jest tak, że nie upadniesz. Co więcej, nie można się bać tego, że upadniesz! Jeżeli będziesz się bać, że ci się nie uda, to nigdy nic nie zrobisz! Lepiej coś zrobić, popełniając błąd, a potem wstać, otrzepać się i za drugim razem być już bogatszym o jakieś doświadczenie. Ja często powtarzałam moim uczniom, młodym wokalistom, muzykom, którym nie jest łatwo przebić się w gąszczu pierwszych lepszych youtuberów czy przygłupich blogerów, że wiele razy ktoś powie im "nie". Na 100 razy 99 usłyszą "nie", ale w końcu ten raz na sto razy ktoś powie im "tak" i otworzy drzwi, i wtedy muszą być gotowi na wszystko, żeby przez te drzwi przejść. Swoją drogą, rzeczywistość nie wygląda tak, że komuś się wszystko udaje i są same sukcesy. Ja to porównuję do jazdy na rolkach. Mój mąż jest z Suwalszczyzny i bardzo lubimy spędzać tam czas wolny, jeżdżąc po górkach na rolkach. Jak wjeżdżasz pod górkę, to strasznie się męczysz i myślisz, że nie dasz rady, ale za to masz czas i możesz się rozejrzeć! A to jakiś ptaszek, a to jakiś kwiatek… po czym przez pięć minut jesteś na tym szczycie i nagle zaczynasz zjeżdżać! Jedziesz tak szybko, że nic nie widzisz i tylko powtarzasz "o Boże, o Boże, o Boże, żeby się nie wywalić!" No i tak jest w kółko! Dlatego tak ważne jest to, żeby po prostu robić to, co się kocha, bo tylko to zapewni szczęście. Niech nie będą wyznacznikiem materialne sprawy, bo co z tego, że będzie się bogatym, jeśli nie będzie się szczęśliwym? 
 
AT: To daje do myślenia. Dziękuję bardzo za wspaniały wywiad!
 
MS: Dzięki, pozdrawiam! 
 

Konkursowa praca Alicji Tomaszewskiej

Budzik na 6:00 rano

      Siedzimy z babcią na ławce w szpitalnym parku. Patrzy na mnie z troską, a jej zmęczone oczy przesłania mgiełka niewytłumaczalnego smutku. Ostrożnie dotykam jej dłoni. Od tak dawna nikogo już nie dotykałam...
      Sobotni poranek upływa spokojnie, skąpany w tak sterylnej ciszy, że słyszę bicie jej serca. Jakie to dziwne! Gdy byłam małą dziewczynką, często prosiliśmy z kuzynami naszego dziadka, by pożyczył nam swój stetoskop. Uwielbialiśmy bawić się w lekarzy i słuchać na zmianę tego rytmicznego uderzania: bum-bum, bum-bum, bum-bum… Powodowana wspomnieniami, przypominam sobie ten dźwięk, jednak ze smutkiem przyznaję przed samą sobą, że staje się dla mnie coraz bardziej obcy. Nic w tym dziwnego, skoro na co dzień właściwie nie spotykam się już bezpośrednio z innymi ludźmi. Z każdej strony otoczona nowoczesną technologią, przywykłam do jej cichego, jednostajnego szumu.   
        Babcia porusza się nieznacznie. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest słaba. Cienkim głosem dziękuje mi, że znalazłam chwilę czasu, żeby ją odwiedzić. Z westchnieniem odwracam wzrok, jednak ona prosi mnie, abym na nią spojrzała i mówi, że bardzo mnie kocha i jest ze mnie dumna. Słowa uznania... Teraz to prawdziwa rzadkość. Kiedy świat pogrążył się w pandemii koronawirusa, co miało miejsce lekko ponad dekadę temu, ludzie znacznie się od siebie oddalili. Przymusowo zamknięci w domach, nie zdołali zapanować nad swoimi wewnętrznymi bestiami. Być może to dlatego, że z reguły człowiek nie przepada za zmianami, a już tym bardziej nie lubi, gdy mu się mówi, co ma robić. Włącza się w nim wtedy syndrom przekory, każący czynić zupełnie na opak. Wydawać by się mogło, że możliwość spędzenia większej ilości czasu z bliskimi wpłynie na wszystkich pozytywnie, ale zamiast zacieśnienia więzów rodzinnych, wzmogła się tylko liczba rozwodów oraz interwencji pracowników społecznych. W niektórych domach wygodnictwo i egoistyczny konsumpcjonizm brały górę. W innych, małżonkowie dochodzili do wniosku, że przebywanie ze sobą bez przerwy przez tak wiele godzin to istna katorga i dzieli ich znacznie więcej niż byli w stanie zauważyć, kiedy w tygodniu spotykali się jedynie podczas niektórych kolacji. Były też miejsca, gdzie niespodziewanie odkryte, puste butelki po alkoholu doprowadzały drugą połówkę do istnego szaleństwa, dzieciaki pokrywały się purpurowo-zielonymi siniakami, a uszy pękały od nieustających wrzasków. Wirus przyniósł ze sobą bowiem nie tylko fizyczną chorobę układu oddechowego, ale także wpłynął na rozwój wielu schorzeń psychicznych: odzywały się ignorowane depresje, lekceważone stany lękowe i zaburzenia tożsamościowe. Utrata poczucia sensu napawała lękiem, a ataki paniki paraliżowały i wyniszczały ciała swoich ofiar. Rok 2020, w którym kulę ziemską zalały pierwsze fale choroby, a szczepionka nie została jeszcze wynaleziona, powinien być dla ludzkości lekcją. Powinien dać jej do myślenia, ale człowiek wcale nie zamierzał zmieniać swoich nawyków i zachowań. Pamiętam święte oburzenie dziadka i jego pełne pogardy słowa: "Nagle ludzie się obudzili i zaczęli myć ręce! Tak przestraszyli się zarazków, że producenci żeli antyBAKTERYJNYCH dorobili się fortuny podczas zamętu spowodowanego przez koronaWIRUSA!" Miał rację, twierdząc, że za kilka lat wciąż będziemy popełniać te same błędy, nie wyciągając z nich długotrwałych wniosków. Bo cóż z tego, że mamy tak wspaniale rozwiniętą technologię? Co nam po lodówkach, które pełnią funkcję osobistych dietetyków? Co nam po samochodach, które same się prowadzą? Co z tego skoro politycy wciąż kłócą się ze sobą bez powodu i marnotrawią pieniądze? Tak, zawsze chodzi o fortunę lub władzę. Albo o to i o to. Więc co nam po robotach, które sprzątają za nas cały dom? Co z tego, skoro człowiek nadal zaniedbuje swoje zdrowie, wycina nieliczne pozostałości lasów, zanieczyszcza środowisko poprzez produkcję smogu, nie przestrzega prostych zasad recyklingu i ma o sobie tak przerażająco wysokie mniemanie, że nie dostrzega, iż jak powiedział kiedyś Arystoteles: "Przyroda bez człowieka będzie istniała, ale człowiek bez przyrody nie"! Biedna Ziemia ciągle leży w łóżku na oddziale zakaźnym, a inne planety tłoczą się w założonych maseczkach przy oknie jej pokoju, żeby złożyć jej wyrazy współczucia i dodać nieco otuchy. Same drżą ze strachu na myśl o tym, co jeszcze wykombinują ludzie, a ja obawiam się, że jeśli wkrótce się nie opamiętamy, to zabije nas nasza własna pycha. Najpierw powinniśmy dobrze zaopiekować się jedną planetą, a dopiero potem myśleć o kolonizacji innych zakamarków wszechświata, bo jeśli nie będziemy umieli zadbać o Ziemię, to prędzej czy później zniszczymy również Marsa. Tak wojujemy w imię Wolności, ale po co nam ona, jeżeli nie wiedzielibyśmy co z nią zrobić? Nie mielibyśmy rozsądnego pomysłu na to, jak ją wykorzystać! Przecież my nawet nie potrafimy zatroszczyć się o siebie nawzajem, a to podstawa! Tak samo jak trzydzieści, pięćdziesiąt czy sto lat temu, tak i dzisiaj ciągle poniżamy bliźnich, wytykamy ich palcami, wyśmiewamy... Bo za gruba, bo za niska, bo dziwnie się śmieje, bo ma obciachową fryzurę, bo w brodzie mu nie do twarzy! Za słabo się uczy, wierzy w innego Boga, nosi tęczowe koszulki! Co się z nami dzieje?! "Dziecinko, zamiast segregować ludzi na czarnych i białych, biednych i bogatych, hetero i homo, lepiej posegregujmy sobie śmieci, bo nam planeta umiera!", szepcze babcia, ściskając delikatnie moją rękę, kiedy ze łzami w oczach wyżalam się jej z męczących mnie myśli. Próbuję się do niej uśmiechnąć, ale nie najlepiej mi to wychodzi, bo uderza mnie paradoks współczesnego świata: ludzie zamiast doceniać, oceniają, zamiast pomagać, dobijają. Czuję narastającą bezradność, a zrodzony z niej uparty potwór gnębi mnie, zżerając resztki pewności siebie. Uświadamiam sobie, że z innymi może być całkiem podobnie. W pewnym momencie tracą poczucie obowiązku i przytaczając słowa Kevina Hearne'a: "nie pozostaje im nic poza suchą, nijaką nudą, w której już nie sposób skupić się na utrzymujących nas w ruchu drobiazgach. Czujemy tylko smak kredy i popiołu, a oczy widzą jedynie szarość z rzadka urozmaiconą dźgnięciami paniki." Paniki, która powstaje, gdy "nie rodzi się żaden obraz ani pomysł, żadna chęć wyrażenia siebie", jak dodaje Tove Jansson. Działamy machinalnie, z przyzwyczajenia. Budzik nastawiony wieczorem na 6:00 rano, wczesna pobudka, pośpiesznie zjedzone śniadanie, a potem biegiem do pracy! Kilka godzin za biurkiem i powrót do domu, nierzadko z bólem głowy, który staje się tak przewlekłym zjawiskiem, że już właściwie nie zwraca się na niego uwagi. Oto dzień wyjęty z życia przeciętnego człowieka. Każdy niepokojąco podobny do poprzedniego. Rutyna, która z biegiem czasu robi z ludzi zautomatyzowane roboty, zabijając tym samym ich zdolność do odczuwania. Już nie cieszą nas miłe drobnostki, nie zależy nam na kontakcie z drugą osobą. Obchodzi nas wyłącznie własne dobro, bo to przecież nam ma być najwygodniej! Wszędzie przemieszczamy się tymi naszymi małymi, jednoosobowymi pojazdami na dobre odcinając się od siebie nawzajem. Zadziwia mnie, z jak świetną dokładnością przedstawił to malarz Walter Molino. W grudniu na początku lat 60. XX wieku jego obraz zatytułowany "Życie w 2022 roku" znalazł się na tylnej okładce jednego z włoskich tygodników. Panowie w kapeluszach i panie w fedorach suną po ulicach w ciasnych kapsułach na kółkach. I choć jego wizja tak naprawdę dotyczyła propozycji odciążenia ruchu samochodowego w miastach, to i tak w pewien sposób przewidział przyszłość chociażby ze względu na podobieństwo szklanych kopuł wieńczących czubki furmanek, które rzekomo mają nas chronić przed złapaniem infekcji.
        Nie wiem, jak życie będzie wyglądać za kolejnych kilka lat, jednak trafnym wydaje mi się stwierdzenie Louise Allen wyrażone zręcznie tymi słowami: "Rzeczywistość jest pełna niepewności i zamętu. Zawsze istnieje ryzyko, że wszystko się zmieni, że to co wydaje się bezpieczne, przestanie takie być." Wiele zależy od nas samych i naszego nastawienia. Nie wystarczy samo gadanie o zmianie, trzeba podjąć konkretne kroki i działania. Ale czy słaby człowiek da sobie radę? W coraz szybciej topniejącym lodowcu w Chinach naukowcy odkryli obecność aż 33 nowych grup wirusów, z czego tylko parę jest im niejako znanych. Poza tym w społeczeństwie na bieżąco rozwija się kilka innych, równie niebezpiecznych pandemii: pandemia nienawiści, niezrozumienia, lenistwa, obojętności, stresu i elektroniki... Pogrążona w tych głębokich rozważaniach, nie zauważyłam, że babcia majstruje coś przy pilocie od swoich butorolek. Przyglądam się jej z uwagą. Ona nie ma założonych interaktywnych soczewek, które wyświetlają napisy z tłumaczeniem, gdy ktoś odzywa się w obcym języku i które w czasie rzeczywistym dostarczają ludziom mapy, biografie, teksty przemówień czy wykresy. Osobom w jej wieku rząd zapewnił jedynie opiekę w starych szpitalach, które nie wprowadziły metod wyciszania genów powodujących raka czy starzenie się. Okrutne przeświadczenie, że na starszych nie opłaca się marnować środków finansowych, pozbawiło ich dostępu do takich zabiegów jak odtwarzanie organów oraz zastępowanie zużytych komórek nowymi. Choroba babci uniemożliwia jej samodzielne chodzenie. Butorolki były drogie, ale na szczęście rodziców było stać na ich zakup. Nie każdy może sobie pozwolić na tak fascynujące gadżety. Pytam ją, czy chce już wrócić do środka. Potwierdza nieznacznym skinieniem głowy, jednak zanim podnosimy się z ławki, gładzi mnie po policzku i mocno przytula. Tego właśnie było mi trzeba. Bliskości drugiego człowieka w tym zimnym, samotnym świecie



 

Wiosenna poezja z klasy 2c

 
Góry

Jak dobrze, że znikają chmury
Tam gdzie rozciągają się góry
Wrócić mogę już na szlak
Zdobywać marzenia jak za dawnych lat

Dominik Koliński 

*****************************************************************************************
Odległość
 
Kochałam Ciebie jak te gwiazdy
które świecą jasno na niebie
Lecz zgasły
bo nie chciałeś
żebyśmy byli tak jak one
- blisko siebie

pretty soul       

*****************************************************************************************

Las jest jak cisza


 A zawsze w nim głośno
 Myśli jak grzyby,
 Ciągle w nim rosną

Anonim

*****************************************************************************************

Świetliste wstęgi zza chmur wychynęły,
Cały śnieg szybko roztopiły,
Strugi wody po ziemi spłynęły,
I delikatne źdźbła nawodniły.

Jakaż ta trawa piękna i pachnąca,
Wszystko wokół nią uścielone,
A w cieplutkich promyczkach słońca,
Jej łodygi jeszcze bardziej zielone.

A zielony jest nadziei kolorem,
Być może to komunikat radosny,
Że trawa ta jest symbolem,
Rychłego nadejścia wiosny.

Pośród niej przebiśniegi się wyłaniają,
Wszystkim białe dzwonki ukazują,
Krokusy wielobarwnie zakwitają,
Swoje wdzięki światu prezentują.

Dla dzieci jest boiska murawą,
Bez zastanowienia depczą po niej ludzie,
Lecz nikt się nie pochyla nad trawą,
I nie myśli o niej jak o natury cudzie.

A ona to element krajobrazu wybitny,
Można by się nią nieustannie zachwycać,
Wiersz nie odda tego w sposób dobitny,
Jej piękno będzie tylko umniejszać i spłycać.

Gdyż piękno to należy samemu pojąć,
Nie da się go wyrazić słowami,
Trzeba je świadomie poczuć i umysłem objąć,
Doświadczając wszystkimi zmysłami.

Michał Szatkowski

*
*****************************************************************************************
Słońce w górze łuk zatacza,
Śnieg się topi, wiosna wraca,
Kaczka w wodzie kuper moczy,
Kurcze, co za dzień uroczy
 
Dominik Rachubiński
 
*****************************************************************************************
Porywa mnie jak do tańca
Koi rozgrzane serce
Ucisza gniew
Popycha ku dobrym decyzjom 
Rozwiewa męczącemyśli
Odpycha od trudności i zmartwień
Przywiewa cudowności i szczęście
Pachnie jednocześnie słodkością i goryczą niedalekich sukcesów i porażek
Niepokojący, wyzwalający i nieprzewidywalny
Wiatr
 
Hanna Gmachowska

*
*****************************************************************************************
 
 Marcowy księżyc

Zawisł nad ziemią –
- rogalik dla świata,
w ciszy wiosek
i w smogu miast.
W subtelnym uśmiechu
onieśmielił radość wiosny.
Gołe drzewa pochyliły korony
przed Panem Dnia,
Władcą Nocy.

Marta Hoderna

*****************************************************************************************
 
Słońce

Nad głową neon
razi w oczy,
poraża swoją wielkością.
Pokrył złotym fleszem parapety,
twarze w oknach też objął jego blask.
Ciepłym promieniem połaskotał zieleń świata.
Pokolorował ziemię – Helios artysta.

Marta Hoderna

*****************************************************************************************

Dąb na zakręcie
opuścił ręce.
Zdjął rudy płaszcz jesieni,
by poddać swoje nagie gałęzie
grudniowej krioterapii.
Każdej nocy bawi się w berka z gwiazdami,
straszy miejscowe koty przybierając kostium
upiora cieni.
Wiosenne promienie dodają mu rumieńców.
I znów tka szatę zieleni.
I znów się mieni,
dumnie biorąc prysznic w zachodzącym
słońcu lata.
To najpiękniejsze drzewo świata.

Marta Hoderna

*****************************************************************************************



 
 
 
 

Wywiad z Kamilem Bednarkiem

 
Alicja Tomaszewska: Dzień dobry!
 
Kamil Bednarek: Cześć! 
 
A.T: Jak się panom jechało? Mieli panowie długą trasę do przebycia? 
 
K.B.: Mów mi po imieniu... Między Wrocławiem, a Opolem, leży taka miejscowość Brzeg. My przyjechaliśmy spod Brzegu, ale nie takie trasy się robiło, więc prawie tego nie odczuliśmy!
 
A.T.: Trening czyni mistrza...
 
K.B.: Dokładnie!
 
A.T.: Podobno każdy artysta ma swojego Mistrza, na którym się wzoruje. Kto jest dla ciebie takim autorytetem? Może jakaś bliska osoba, która czyta robocze wersje piosenek?
 
K.B.: Jeżeli chodzi o muzykę, to przez długi czas był to Bob Marley, a jeśli podejść by do tego tak bardziej życiowo, to moja mama. Jej wrażliwość, miłość i wewnętrzny spokój są dla mnie najważniejszymi wartościami.
 
A.T.: Przesyłała ci ten spokój? 
 
K.B.: Tak! Gdy dojrzewałem i na nią patrzyłem... Była dla mnie wielkim oparciem! A jeśli chodzi o muzykę to w stu procentach Boby Marley! To był rebeliant, wojownik! 
 
A.T.: A jak to robisz, że podczas koncertów wysyłasz tyle pozytywnej energii w stronę publiczności? Jak udaje ci się pogodzić ze sobą to wszystko? Mam na myśli opanowanie stresu, ruch sceniczny, pracę głosem i przeponą, a do tego ten ciągły kontakt! 
 
K.B.: Początki z taką większą publiką, sprawiały mi trochę kłopotu przez emocje, nad którymi nie umiałem jeszcze wtedy panować, przez stres, który mnie zjadał. Ale gdy wychodziłem na scenę, to wszystko nagle się regulowało! Koncerty są takimi momentami w naszym życiu, w których po części zapomina się o rzeczywistości, o problemach, o tym co cię trapi. Wszyscy się bawią, są skupieni na muzyce i na tym, co artysta chce przekazać. To się nakręca samo! Ja zawsze porównuję to do serwowania w tenisie. Ty odbijasz piłeczkę, a ona wraca do ciebie, ty odbijasz jeszcze raz i to się tak coraz szybciej, coraz bardziej nakręca! 
 
A.T.: Czy koncertowanie można uznać za pasję? A wszystko co robimy z pasją, daje nam satysfakcję i w pewnym stopniu uspokaja.
 
K.B.: Tak, zdecydowanie! Możliwość mówienia do ludzi...
 
A.T.: Jeszcze jak chcą słuchać...
 
K.B.: To właśnie jest ważne. Ja jestem znaną osobą, ale tak naprawdę niczym się nie różnimy. Ja też mam problemy, przeżywam pewne sytuacje w życiu, które i ty przeżywasz, i przeżywają je moi fani, i my tym się właśnie komunikujemy poprzez muzykę. 
 
A.T.: W takim razie udanego koncertu. Dziękuję za rozmowę.
 
K.B.: Dzięki, trzymaj się. Do zobaczenia!
 
A.T.: Do wiedzenia. 
 

Koncert Świętojański w Koninie

 29.06.2019 na koninskiej starówce odbył się 11. Koncert Świętojański. Tegoroczna edycja odbyła się dzięki organizatorom, czyli Przeglądowi Konińskiemu, firmie Konimpex oraz Fundacji Otwarcie. Tego dnia na starym rynku rozbrzmiewały utwory, którymi uraczyła nas Orkiestra Polskiego Radia Warszawy pod batutą Michała Klauze. Oczywiście nie zabrakło klasycznych dzieł muzycznych z filmów takich jak "Pan Tadeusz" czy "Zemsta". Poza tymi utworami, można było usłyszeć także kompozycje Stanisława Moniuszki, Wojciecha Kilara oraz mazury, walce i sonety zagranicznych kompozytorów. Na zakończenie, wbrew utartej tradycji związanej z pokazem sztucznych ogni, miał miejsce pokaz laserowy, który równiez przyciągnął uwagę widzów i dał niesamowite efekty. Jak się okazuje, koncerty muzyki klasycznej nie muszą być nudne. Medioznawcy czuwają nawet w wakacje! Konin to nie tylko szkoła, to także c00ltura. 

Zuzanna Skalska

Budzik na 6:00 rano

Siedzimy z babcią na ławce w szpitalnym parku. Patrzy na mnie z troską, a jej zmęczone oczy przesłania mgiełka niewytłumaczalnego smutku. Ostrożnie dotykam jej dłoni. Od tak dawna nikogo już nie dotykałam...
Sobotni poranek upływa spokojnie, skąpany w tak sterylnej ciszy, że słyszę bicie jej serca. Jakie to dziwne! Gdy byłam małą dziewczynką, często prosiliśmy z kuzynami naszego dziadka, by pożyczył nam swój stetoskop. Uwielbialiśmy bawić się w lekarzy i słuchać na zmianę tego rytmicznego uderzania: bum-bum, bum-bum, bum-bum… Powodowana wspomnieniami, przypominam sobie ten dźwięk, jednak ze smutkiem przyznaję przed samą sobą, że staje się dla mnie coraz bardziej obcy. Nic w tym dziwnego, skoro na co dzień właściwie nie spotykam się już bezpośrednio z innymi ludźmi. Z każdej strony otoczona nowoczesną technologią, przywykłam do jej cichego, jednostajnego szumu.   
Babcia porusza się nieznacznie. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest słaba. Cienkim głosem dziękuje mi, że znalazłam chwilę czasu, żeby ją odwiedzić. Z westchnieniem odwracam wzrok, jednak ona prosi mnie, abym na nią spojrzała i mówi, że bardzo mnie kocha i jest ze mnie dumna. Słowa uznania... Teraz to prawdziwa rzadkość. Kiedy świat pogrążył się w pandemii koronawirusa, co miało miejsce lekko ponad dekadę temu, ludzie znacznie się od siebie oddalili. Przymusowo zamknięci w domach, nie zdołali zapanować nad swoimi wewnętrznymi bestiami. Być może to dlatego, że z reguły człowiek nie przepada za zmianami, a już tym bardziej nie lubi, gdy mu się mówi, co ma robić. Włącza się w nim wtedy syndrom przekory, każący czynić zupełnie na opak. Wydawać by się mogło, że możliwość spędzenia większej ilości czasu z bliskimi wpłynie na wszystkich pozytywnie, ale zamiast zacieśnienia więzów rodzinnych, wzmogła się tylko liczba rozwodów oraz interwencji pracowników społecznych. W niektórych domach wygodnictwo i egoistyczny konsumpcjonizm brały górę. W innych, małżonkowie dochodzili do wniosku, że przebywanie ze sobą bez przerwy przez tak wiele godzin to istna katorga i dzieli ich znacznie więcej niż byli w stanie zauważyć, kiedy w tygodniu spotykali się jedynie podczas niektórych kolacji. Były też miejsca, gdzie niespodziewanie odkryte, puste butelki po alkoholu doprowadzały drugą połówkę do istnego szaleństwa, dzieciaki pokrywały się purpurowo-zielonymi siniakami, a uszy pękały od nieustających wrzasków. Wirus przyniósł ze sobą bowiem nie tylko fizyczną chorobę układu oddechowego, ale także wpłynął na rozwój wielu schorzeń psychicznych: odzywały się ignorowane depresje, lekceważone stany lękowe i zaburzenia tożsamościowe. Utrata poczucia sensu napawała lękiem, a ataki paniki paraliżowały i wyniszczały ciała swoich ofiar. Rok 2020, w którym kulę ziemską zalały pierwsze fale choroby, a szczepionka nie została jeszcze wynaleziona, powinien być dla ludzkości lekcją. Powinien dać jej do myślenia, ale człowiek wcale nie zamierzał zmieniać swoich nawyków i zachowań. Pamiętam święte oburzenie dziadka i jego pełne pogardy słowa: "Nagle ludzie się obudzili i zaczęli myć ręce! Tak przestraszyli się zarazków, że producenci żeli antyBAKTERYJNYCH dorobili się fortuny podczas zamętu spowodowanego przez koronaWIRUSA!" Miał rację, twierdząc, że za kilka lat wciąż będziemy popełniać te same błędy, nie wyciągając z nich długotrwałych wniosków. Bo cóż z tego, że mamy tak wspaniale rozwiniętą technologię? Co nam po lodówkach, które pełnią funkcję osobistych dietetyków? Co nam po samochodach, które same się prowadzą? Co z tego skoro politycy wciąż kłócą się ze sobą bez powodu i marnotrawią pieniądze? Tak, zawsze chodzi o fortunę lub władzę. Albo o to i o to. Więc co nam po robotach, które sprzątają za nas cały dom? Co z tego, skoro człowiek nadal zaniedbuje swoje zdrowie, wycina nieliczne pozostałości lasów, zanieczyszcza środowisko poprzez produkcję smogu, nie przestrzega prostych zasad recyklingu i ma o sobie tak przerażająco wysokie mniemanie, że nie dostrzega, iż jak powiedział kiedyś Arystoteles: "Przyroda bez człowieka będzie istniała, ale człowiek bez przyrody nie"! Biedna Ziemia ciągle leży w łóżku na oddziale zakaźnym, a inne planety tłoczą się w założonych maseczkach przy oknie jej pokoju, żeby złożyć jej wyrazy współczucia i dodać nieco otuchy. Same drżą ze strachu na myśl o tym, co jeszcze wykombinują ludzie, a ja obawiam się, że jeśli wkrótce się nie opamiętamy, to zabije nas nasza własna pycha. Najpierw powinniśmy dobrze zaopiekować się jedną planetą, a dopiero potem myśleć o kolonizacji innych zakamarków wszechświata, bo jeśli nie będziemy umieli zadbać o Ziemię, to prędzej czy później zniszczymy również Marsa. Tak wojujemy w imię Wolności, ale po co nam ona, jeżeli nie wiedzielibyśmy co z nią zrobić? Nie mielibyśmy rozsądnego pomysłu na to, jak ją wykorzystać! Przecież my nawet nie potrafimy zatroszczyć się o siebie nawzajem, a to podstawa! Tak samo jak trzydzieści, pięćdziesiąt czy sto lat temu, tak i dzisiaj ciągle poniżamy bliźnich, wytykamy ich palcami, wyśmiewamy... Bo za gruba, bo za niska, bo dziwnie się śmieje, bo ma obciachową fryzurę, bo w brodzie mu nie do twarzy! Za słabo się uczy, wierzy w innego Boga, nosi tęczowe koszulki! Co się z nami dzieje?! "Dziecinko, zamiast segregować ludzi na czarnych i białych, biednych i bogatych, hetero i homo, lepiej posegregujmy sobie śmieci, bo nam planeta umiera!", szepcze babcia, ściskając delikatnie moją rękę, kiedy ze łzami w oczach wyżalam się jej z męczących mnie myśli. Próbuję się do niej uśmiechnąć, ale nie najlepiej mi to wychodzi, bo uderza mnie paradoks współczesnego świata: ludzie zamiast doceniać, oceniają, zamiast pomagać, dobijają. Czuję narastającą bezradność, a zrodzony z niej uparty potwór gnębi mnie, zżerając resztki pewności siebie. Uświadamiam sobie, że z innymi może być całkiem podobnie. W pewnym momencie tracą poczucie obowiązku i przytaczając słowa Kevina Hearne'a: "nie pozostaje im nic poza suchą, nijaką nudą, w której już nie sposób skupić się na utrzymujących nas w ruchu drobiazgach. Czujemy tylko smak kredy i popiołu, a oczy widzą jedynie szarość z rzadka urozmaiconą dźgnięciami paniki." Paniki, która powstaje, gdy "nie rodzi się żaden obraz ani pomysł, żadna chęć wyrażenia siebie", jak dodaje Tove Jansson. Działamy machinalnie, z przyzwyczajenia. Budzik nastawiony wieczorem na 6:00 rano, wczesna pobudka, pośpiesznie zjedzone śniadanie, a potem biegiem do pracy! Kilka godzin za biurkiem i powrót do domu, nierzadko z bólem głowy, który staje się tak przewlekłym zjawiskiem, że już właściwie nie zwraca się na niego uwagi. Oto dzień wyjęty z życia przeciętnego człowieka. Każdy niepokojąco podobny do poprzedniego. Rutyna, która z biegiem czasu robi z ludzi zautomatyzowane roboty, zabijając tym samym ich zdolność do odczuwania. Już nie cieszą nas miłe drobnostki, nie zależy nam na kontakcie z drugą osobą. Obchodzi nas wyłącznie własne dobro, bo to przecież nam ma być najwygodniej! Wszędzie przemieszczamy się tymi naszymi małymi, jednoosobowymi pojazdami na dobre odcinając się od siebie nawzajem. Zadziwia mnie, z jak świetną dokładnością przedstawił to malarz Walter Molino. W grudniu na początku lat 60. XX wieku jego obraz zatytułowany "Życie w 2022 roku" znalazł się na tylnej okładce jednego z włoskich tygodników. Panowie w kapeluszach i panie w fedorach suną po ulicach w ciasnych kapsułach na kółkach. I choć jego wizja tak naprawdę dotyczyła propozycji odciążenia ruchu samochodowego w miastach, to i tak w pewien sposób przewidział przyszłość chociażby ze względu na podobieństwo szklanych kopuł wieńczących czubki furmanek, które rzekomo mają nas chronić przed złapaniem infekcji.
Nie wiem, jak życie będzie wyglądać za kolejnych kilka lat, jednak trafnym wydaje mi się stwierdzenie Louise Allen wyrażone zręcznie tymi słowami: "Rzeczywistość jest pełna niepewności i zamętu. Zawsze istnieje ryzyko, że wszystko się zmieni, że to co wydaje się bezpieczne, przestanie takie być." Wiele zależy od nas samych i naszego nastawienia. Nie wystarczy samo gadanie o zmianie, trzeba podjąć konkretne kroki i działania. Ale czy słaby człowiek da sobie radę? W coraz szybciej topniejącym lodowcu w Chinach naukowcy odkryli obecność aż 33 nowych grup wirusów, z czego tylko parę jest im niejako znanych. Poza tym w społeczeństwie na bieżąco rozwija się kilka innych, równie niebezpiecznych pandemii: pandemia nienawiści, niezrozumienia, lenistwa, obojętności, stresu i elektroniki... Pogrążona w tych głębokich rozważaniach, nie zauważyłam, że babcia majstruje coś przy pilocie od swoich butorolek. Przyglądam się jej z uwagą. Ona nie ma założonych interaktywnych soczewek, które wyświetlają napisy z tłumaczeniem, gdy ktoś odzywa się w obcym języku i które w czasie rzeczywistym dostarczają ludziom mapy, biografie, teksty przemówień czy wykresy. Osobom w jej wieku rząd zapewnił jedynie opiekę w starych szpitalach, które nie wprowadziły metod wyciszania genów powodujących raka czy starzenie się. Okrutne przeświadczenie, że na starszych nie opłaca się marnować środków finansowych, pozbawiło ich dostępu do takich zabiegów jak odtwarzanie organów oraz zastępowanie zużytych komórek nowymi. Choroba babci uniemożliwia jej samodzielne chodzenie. Butorolki były drogie, ale na szczęście rodziców było stać na ich zakup. Nie każdy może sobie pozwolić na tak fascynujące gadżety. Pytam ją, czy chce już wrócić do środka. Potwierdza nieznacznym skinieniem głowy, jednak zanim podnosimy się z ławki, gładzi mnie po policzku i mocno przytula. Tego właśnie było mi trzeba. Bliskości drugiego człowieka w tym zimnym, samotnym świecie
 
Budzik na 6:00 rano

Siedzimy z babcią na ławce w szpitalnym parku. Patrzy na mnie z troską, a jej zmęczone oczy przesłania mgiełka niewytłumaczalnego smutku. Ostrożnie dotykam jej dłoni. Od tak dawna nikogo już nie dotykałam...
Sobotni poranek upływa spokojnie, skąpany w tak sterylnej ciszy, że słyszę bicie jej serca. Jakie to dziwne! Gdy byłam małą dziewczynką, często prosiliśmy z kuzynami naszego dziadka, by pożyczył nam swój stetoskop. Uwielbialiśmy bawić się w lekarzy i słuchać na zmianę tego rytmicznego uderzania: bum-bum, bum-bum, bum-bum… Powodowana wspomnieniami, przypominam sobie ten dźwięk, jednak ze smutkiem przyznaję przed samą sobą, że staje się dla mnie coraz bardziej obcy. Nic w tym dziwnego, skoro na co dzień właściwie nie spotykam się już bezpośrednio z innymi ludźmi. Z każdej strony otoczona nowoczesną technologią, przywykłam do jej cichego, jednostajnego szumu.   
Babcia porusza się nieznacznie. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest słaba. Cienkim głosem dziękuje mi, że znalazłam chwilę czasu, żeby ją odwiedzić. Z westchnieniem odwracam wzrok, jednak ona prosi mnie, abym na nią spojrzała i mówi, że bardzo mnie kocha i jest ze mnie dumna. Słowa uznania... Teraz to prawdziwa rzadkość. Kiedy świat pogrążył się w pandemii koronawirusa, co miało miejsce lekko ponad dekadę temu, ludzie znacznie się od siebie oddalili. Przymusowo zamknięci w domach, nie zdołali zapanować nad swoimi wewnętrznymi bestiami. Być może to dlatego, że z reguły człowiek nie przepada za zmianami, a już tym bardziej nie lubi, gdy mu się mówi, co ma robić. Włącza się w nim wtedy syndrom przekory, każący czynić zupełnie na opak. Wydawać by się mogło, że możliwość spędzenia większej ilości czasu z bliskimi wpłynie na wszystkich pozytywnie, ale zamiast zacieśnienia więzów rodzinnych, wzmogła się tylko liczba rozwodów oraz interwencji pracowników społecznych. W niektórych domach wygodnictwo i egoistyczny konsumpcjonizm brały górę. W innych, małżonkowie dochodzili do wniosku, że przebywanie ze sobą bez przerwy przez tak wiele godzin to istna katorga i dzieli ich znacznie więcej niż byli w stanie zauważyć, kiedy w tygodniu spotykali się jedynie podczas niektórych kolacji. Były też miejsca, gdzie niespodziewanie odkryte, puste butelki po alkoholu doprowadzały drugą połówkę do istnego szaleństwa, dzieciaki pokrywały się purpurowo-zielonymi siniakami, a uszy pękały od nieustających wrzasków. Wirus przyniósł ze sobą bowiem nie tylko fizyczną chorobę układu oddechowego, ale także wpłynął na rozwój wielu schorzeń psychicznych: odzywały się ignorowane depresje, lekceważone stany lękowe i zaburzenia tożsamościowe. Utrata poczucia sensu napawała lękiem, a ataki paniki paraliżowały i wyniszczały ciała swoich ofiar. Rok 2020, w którym kulę ziemską zalały pierwsze fale choroby, a szczepionka nie została jeszcze wynaleziona, powinien być dla ludzkości lekcją. Powinien dać jej do myślenia, ale człowiek wcale nie zamierzał zmieniać swoich nawyków i zachowań. Pamiętam święte oburzenie dziadka i jego pełne pogardy słowa: "Nagle ludzie się obudzili i zaczęli myć ręce! Tak przestraszyli się zarazków, że producenci żeli antyBAKTERYJNYCH dorobili się fortuny podczas zamętu spowodowanego przez koronaWIRUSA!" Miał rację, twierdząc, że za kilka lat wciąż będziemy popełniać te same błędy, nie wyciągając z nich długotrwałych wniosków. Bo cóż z tego, że mamy tak wspaniale rozwiniętą technologię? Co nam po lodówkach, które pełnią funkcję osobistych dietetyków? Co nam po samochodach, które same się prowadzą? Co z tego skoro politycy wciąż kłócą się ze sobą bez powodu i marnotrawią pieniądze? Tak, zawsze chodzi o fortunę lub władzę. Albo o to i o to. Więc co nam po robotach, które sprzątają za nas cały dom? Co z tego, skoro człowiek nadal zaniedbuje swoje zdrowie, wycina nieliczne pozostałości lasów, zanieczyszcza środowisko poprzez produkcję smogu, nie przestrzega prostych zasad recyklingu i ma o sobie tak przerażająco wysokie mniemanie, że nie dostrzega, iż jak powiedział kiedyś Arystoteles: "Przyroda bez człowieka będzie istniała, ale człowiek bez przyrody nie"! Biedna Ziemia ciągle leży w łóżku na oddziale zakaźnym, a inne planety tłoczą się w założonych maseczkach przy oknie jej pokoju, żeby złożyć jej wyrazy współczucia i dodać nieco otuchy. Same drżą ze strachu na myśl o tym, co jeszcze wykombinują ludzie, a ja obawiam się, że jeśli wkrótce się nie opamiętamy, to zabije nas nasza własna pycha. Najpierw powinniśmy dobrze zaopiekować się jedną planetą, a dopiero potem myśleć o kolonizacji innych zakamarków wszechświata, bo jeśli nie będziemy umieli zadbać o Ziemię, to prędzej czy później zniszczymy również Marsa. Tak wojujemy w imię Wolności, ale po co nam ona, jeżeli nie wiedzielibyśmy co z nią zrobić? Nie mielibyśmy rozsądnego pomysłu na to, jak ją wykorzystać! Przecież my nawet nie potrafimy zatroszczyć się o siebie nawzajem, a to podstawa! Tak samo jak trzydzieści, pięćdziesiąt czy sto lat temu, tak i dzisiaj ciągle poniżamy bliźnich, wytykamy ich palcami, wyśmiewamy... Bo za gruba, bo za niska, bo dziwnie się śmieje, bo ma obciachową fryzurę, bo w brodzie mu nie do twarzy! Za słabo się uczy, wierzy w innego Boga, nosi tęczowe koszulki! Co się z nami dzieje?! "Dziecinko, zamiast segregować ludzi na czarnych i białych, biednych i bogatych, hetero i homo, lepiej posegregujmy sobie śmieci, bo nam planeta umiera!", szepcze babcia, ściskając delikatnie moją rękę, kiedy ze łzami w oczach wyżalam się jej z męczących mnie myśli. Próbuję się do niej uśmiechnąć, ale nie najlepiej mi to wychodzi, bo uderza mnie paradoks współczesnego świata: ludzie zamiast doceniać, oceniają, zamiast pomagać, dobijają. Czuję narastającą bezradność, a zrodzony z niej uparty potwór gnębi mnie, zżerając resztki pewności siebie. Uświadamiam sobie, że z innymi może być całkiem podobnie. W pewnym momencie tracą poczucie obowiązku i przytaczając słowa Kevina Hearne'a: "nie pozostaje im nic poza suchą, nijaką nudą, w której już nie sposób skupić się na utrzymujących nas w ruchu drobiazgach. Czujemy tylko smak kredy i popiołu, a oczy widzą jedynie szarość z rzadka urozmaiconą dźgnięciami paniki." Paniki, która powstaje, gdy "nie rodzi się żaden obraz ani pomysł, żadna chęć wyrażenia siebie", jak dodaje Tove Jansson. Działamy machinalnie, z przyzwyczajenia. Budzik nastawiony wieczorem na 6:00 rano, wczesna pobudka, pośpiesznie zjedzone śniadanie, a potem biegiem do pracy! Kilka godzin za biurkiem i powrót do domu, nierzadko z bólem głowy, który staje się tak przewlekłym zjawiskiem, że już właściwie nie zwraca się na niego uwagi. Oto dzień wyjęty z życia przeciętnego człowieka. Każdy niepokojąco podobny do poprzedniego. Rutyna, która z biegiem czasu robi z ludzi zautomatyzowane roboty, zabijając tym samym ich zdolność do odczuwania. Już nie cieszą nas miłe drobnostki, nie zależy nam na kontakcie z drugą osobą. Obchodzi nas wyłącznie własne dobro, bo to przecież nam ma być najwygodniej! Wszędzie przemieszczamy się tymi naszymi małymi, jednoosobowymi pojazdami na dobre odcinając się od siebie nawzajem. Zadziwia mnie, z jak świetną dokładnością przedstawił to malarz Walter Molino. W grudniu na początku lat 60. XX wieku jego obraz zatytułowany "Życie w 2022 roku" znalazł się na tylnej okładce jednego z włoskich tygodników. Panowie w kapeluszach i panie w fedorach suną po ulicach w ciasnych kapsułach na kółkach. I choć jego wizja tak naprawdę dotyczyła propozycji odciążenia ruchu samochodowego w miastach, to i tak w pewien sposób przewidział przyszłość chociażby ze względu na podobieństwo szklanych kopuł wieńczących czubki furmanek, które rzekomo mają nas chronić przed złapaniem infekcji.
Nie wiem, jak życie będzie wyglądać za kolejnych kilka lat, jednak trafnym wydaje mi się stwierdzenie Louise Allen wyrażone zręcznie tymi słowami: "Rzeczywistość jest pełna niepewności i zamętu. Zawsze istnieje ryzyko, że wszystko się zmieni, że to co wydaje się bezpieczne, przestanie takie być." Wiele zależy od nas samych i naszego nastawienia. Nie wystarczy samo gadanie o zmianie, trzeba podjąć konkretne kroki i działania. Ale czy słaby człowiek da sobie radę? W coraz szybciej topniejącym lodowcu w Chinach naukowcy odkryli obecność aż 33 nowych grup wirusów, z czego tylko parę jest im niejako znanych. Poza tym w społeczeństwie na bieżąco rozwija się kilka innych, równie niebezpiecznych pandemii: pandemia nienawiści, niezrozumienia, lenistwa, obojętności, stresu i elektroniki... Pogrążona w tych głębokich rozważaniach, nie zauważyłam, że babcia majstruje coś przy pilocie od swoich butorolek. Przyglądam się jej z uwagą. Ona nie ma założonych interaktywnych soczewek, które wyświetlają napisy z tłumaczeniem, gdy ktoś odzywa się w obcym języku i które w czasie rzeczywistym dostarczają ludziom mapy, biografie, teksty przemówień czy wykresy. Osobom w jej wieku rząd zapewnił jedynie opiekę w starych szpitalach, które nie wprowadziły metod wyciszania genów powodujących raka czy starzenie się. Okrutne przeświadczenie, że na starszych nie opłaca się marnować środków finansowych, pozbawiło ich dostępu do takich zabiegów jak odtwarzanie organów oraz zastępowanie zużytych komórek nowymi. Choroba babci uniemożliwia jej samodzielne chodzenie. Butorolki były drogie, ale na szczęście rodziców było stać na ich zakup. Nie każdy może sobie pozwolić na tak fascynujące gadżety. Pytam ją, czy chce już wrócić do środka. Potwierdza nieznacznym skinieniem głowy, jednak zanim podnosimy się z ławki, gładzi mnie po policzku i mocno przytula. Tego właśnie było mi trzeba. Bliskości drugiego człowieka w tym zimnym, samotnym świecie
 
NASZE KANAŁY